10. Wrzesień 2010 05:21
Nadchodzące premiery:

7 września:

SERJ TANKIAN
Imperfect Harmonies (Serjical Strike/Reprise Records)

10 września:

ENOCHIAN THEORY
Evolution: Creatio Ex Nihilio (Mascot Records)

THE ABSENCE
Enemy Unbound

KAMELOT
Poetry For The Poisoned

13 września:

Robert PLANT - BAND OF JOY (Universal)

AUTOPSY
The Tomb Within (Peaceville Records)

LINKIN PARK
A Thousand Suns (Warner)

15 września:

MAGNUS
Acceptance Of Death (Witching Hour Prod.)
MOON
Lucifer's Horns (Witching Hour Prod.)
NON OPUS DEI
Eternal Circle (Witching Hour Prod.)
MOROWE
Piekło Labirynty Diabły (Witching Hour Prod.)

17 września:

ANTHRIEL
The Pathway (Lion Music)

MINDSPLIT
Charmed Human Art Of Signifcance (Lion Music)

20 września:

UNSUN
Clinic For Dolls (Avalon/Marquee)

27 września:

DIMMU BORGIR
Abrahadabra (Nuclear Blast Records)

SOUNDGARDEN
Telephantasm (Universal)

1 października:

GRAVE DIGGER
The Clans Will Rise Again (Napalm Records)

22 listopada:

SODOM
In War And Pieces (Steamhammer / SPV)

LABEL

NOWOŚĆ!

W OFERCIE RÓWNIEŻ:

Alastor - Spaaazm


Leasch Eye - V.E.N.I.



The No-Mads - The Age Of Demise

HMP Nr 3 (46) 2010

Polecamy/Patronujemy


Galerie


Współpracujemy

No-Mercy

Proxima

Aria

Pragokoncert

Grimlord

forum metalowe,metal,rock,forum muzyka metal,thrash,heavy,death,stoner

Old Temple

Radio Heavy Metal Attack

Pensees

Reklama

Megadisc

Klimatyczne.pl - dark shop

Klimatyczne.pl - dark shop

ROCK ARSENAL

Spook Records

Wolni Artyści

Dystrybucja

Kathago Records

Metal On Metal Records

ProgRock Records

Scarlet Records

Wyłączna dystrybucja

Black Bards Entertaiment

Burning Star Records

CFTN Distribution

Cruz Del Sur Records

Czar Of Crickets

Epicus Records

Last Entertaiment Production

Lion Music

Melissa Records

Rock It Up Records

Rusty Cage Records

Shredguy Records

Polecamy albumy


STREFA MOCNYCH WIATRÓW - Live


CORRUPTION - Bourbon River Bank
Polecamy koncerty





2009.06.03.-06 - SWEDEN ROCK FESTIVAL cz.1
SWEDEN ROCK FESTIVAL 2009

3-4-5-6 czerwca 2009, Sölvesborg

raport z festiwalu


Przyznam, że długi czas miałem spore wahania co do mojego udziału w tej edycji Sweden Rock. Złożyło się na to kilka przyczyn natury logistyczno-ekonomicznej, z których większość dawała mi jasno do zrozumienia, że w tym roku powinienem sobie odpuścić... Jakby nie patrzeć, pozostałe festy również kusiły dobrą obsadą kapel i stosunkowo niewielkimi kosztami, a przecież element finansowy jest często tym najważniejszym czynnikiem przy podejmowaniu ostatecznych decyzji. Sam termin Sweden Rock także okazał się kiepski, bo warunki pogodowe w Szwecji były w tym czasie co najmniej nieciekawe. Koniec końców był to chyba najmroźniejszy SRF od początku istnienia tej imprezy. Przynajmniej ja sam nigdy nie doświadczyłem tam równie fatalnej pogody, a jeżdżę na ten fest regularnie od dobrych pięciu lat.

W trakcie samej imprezy pojawiło się też kilka innych niuansów, z powodu których dziś Sweden Rock być może nie zasługuje już na miano najlepszego festiwalu letniego na świecie, a posunięcia niektórych decydentów w pewnych sytuacjach przekraczają możliwości i tolerancję przyjezdnych. Corocznie podnoszone są ceny za bilety. Na dziś sięgają one kwoty około 1000zł, co nawet na kieszeń przeciętnego obywatela szwedzkiego stanowi sumę dość pokaźną. Tu i ówdzie uwidaczniają się też szalone oszczędności, do jakich dąży ekipa zarządzająca festiwalem. Przykładem mogą być już sami artyści, bo o ile rozpiętość stylistyczna pozostała bez zmian, to jednak Sweden Rock przestał być festiwalem pod tym względem bezkonkurencyjnym. Zapraszane gwiazdy (z nielicznymi wyjątkami) stopniowo można również zobaczyć na okolicznych imprezach plenerowych i to za znacznie mniejszą kwotę, bo w gruncie rzeczy nie są to zespoły szczególnie drogie...

Drastycznie obniżono też liczbę przyznawanych akredytacji prasowych i photo-passów, utrudniając tym samym międzynarodowej prasie dostęp do zespołów, konferencji i wywiadów celem zrobienia pełnowartościowego reportażu na szeroką skalę. Również rozwiązania natury logistycznej godzące w interes przeciętnego fana wciąż pozostały bez zmian. Pole campingowe należy rezerwować wiele miesięcy wcześniej a i tak nie wolno tam zaparkować samochodu czy rozpalić grilla. Wszystko ma tu swoje specjalnie wydzielone miejsca, często niestety dość odległe w przestrzeni, co tylko komplikuje przyjezdnym możliwość bezgranicznego imprezowania. Cień na tegoroczną imprezę rzuciło też kilka innych faktów, o których szerzej może na sam koniec. Tak czy inaczej zdecydowałem się jednak pojechać, będąc chyba na fali euforii jaka stała się mym udziałem podczas poprzednich edycji Sweden Rock Festival.

Dzień pierwszy


Tradycją stało się, że jest to coś na wzór warm-up show, gdzie nie ma większych tłumów oraz konieczności pokonywania kilometrów dzielących między sobą poszczególne sceny. Tak naprawdę bowiem działają tylko trzy, a wszystkie położone są względem siebie w bezpośredniej odległości.

Na pierwszy ogień Zeppelin Stage, gdzie na scenie swój set rozpoczęła już formacja Torch, będąca klasycznym przykładem pierwszej fali szwedzkiego heavy metalu. Kultowa to grupa, która w latach osiemdziesiątych stała w pierwszej lidze tego nurtu, a w której składzie do dziś udziela się wokalista o ksywie Dan Dark. Zespół rozgrzewał publiczność przez równe sześćdziesiąt minut, dając solidny pokaz gry w stylistyce bliskiej tradycyjnym odmianom heavy metalu. Zaprezentowali set, na który złożyły się utwory pochodzące głównie z dwóch pełnometrażowych wydawnictw zespołu. Rzeczywiście, nie było tego wiele, bo w czasach swojej świetności Torch wydał zaledwie dwa wspomniane longplaye plus dwa mini albumy studyjne. Dzięki tym płytom zespół odcisnął wyraźne piętno na historii szwedzkiego metalu i trochę szkoda, że później grupa ta poszła w rozsypkę. Część muzyków grała jeszcze w cover bandzie Eccept, aby wreszcie reaktywować Torch na nowo w 2005 roku na niemiecki Keep It True Festival. Na koncercie w Szwecji pojawiło się też kilka premierowych kompozycji, na mój gust całkiem solidnych, stanowiących ciekawe uzupełnienie materiału z „Torch” i „Electrikiss”. Muzycy rzeczywiście starali się jak mogli, aby rozruszać dość jeszcze niemrawą publikę. Udało się to dzięki aktywności szalonego wokalisty, który stroił ciekawe miny, raz po raz zachęcając fanów do masowego headbangingu. W cały ten show dobrze wkomponował się też żywiołowy jak zawsze Alx z grupy Fatal Smile, w Torch udzielający się gościnnie na gitarze basowej. Ogólna ocena jak najbardziej na plus, pomimo nie najlepszego nagłośnienia i dość przeciętnej formy wokalnej Dana Darka. Nie da się też ukryć, że klasyka Torch lepiej broni się dziś na płycie, aniżeli w wydaniu live z publicznością. Poza kawałkami „Warlock”, „Sinister Eyes”, „Sweet Desire” i „Elecrikiss” pozostałe numery w wersji na żywo nie dorównała już swoim studyjnym pierwowzorom.

Setlista:

1. Intro / 2. Warlock / 3. Sinister Eyes / 4. Thunderstruck / 5. Watcher Of The Night / 6. Lies / 7. The Dark Sinner / 8. Gladiator / 9. Blind Leads The Blind / 10. We Will Fight / 11. Sweet Desire / 12. Electrikiss / 13. Beauty And The Beast


Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast profesjonalizm grupy Sevendust. Przyznam od razu, że z twórczością chłopaków z Atlanty stoję na bakier, bo większość tych nowofalowych grup z połowy lat dziewięćdziesiątych szczególnie do mnie nie przemawia. Jednak ta debiutancka płyta Sevendust z 1997 roku narobiła wówczas tyle zamieszania, że siłą rzeczy musiałem gdzieś się z nią zetknąć, skoro wyraźnie kojarzyłem część ich koncertowego repertuaru. Muzycy zaprezentowali w Szwecji świeże spojrzenie na scenę muzyki alternatywnej. Już ich sound był bardzo mocny, bo dosłownie wgniatał nas w glebę stojących w rozszalałym młynie pod sceną. Istotnym elementem przekazu tej kapeli są teksty o tematyce rasistowskiej, uzależnieniu od narkotyków i depresjach natury psychicznej. Coś, co na swój sposób musiało tu zaintrygować, wydając się być szczególnie bliskie co niektórym uczestnikom tego koncertu... Fajnie, że ów pouczający i pozytywny przekaz muzycy przyrządzili w muzycznym koktajlu z pogranicza Living Colour, Metallica, Anthrax i Faith No More. W muzyce Sevendust brakuje mi jedynie większego różnicowania tempa i samych kompozycji, co jest pułapką typową dla wielu przedstawicieli tego nurtu. Na szczęście pewien progres jest tu i tak zauważalny, bo kawałki z płyt takich jak „Home” (1999) i ostatniej „Chapter VII: Hope & Sorrow” (2008) różnią się nieco dynamiką i strukturą kawałków. Dzięki temu koncert nie nużył nawet tych, którzy przyszli nań z ciekawości, nie znając dobrze muzyki tworzonej przez Amerykanów.


Bardzo chciałem zobaczyć Covered Call – nową kapelę Thomasa Vikströma (m.in. Talk Of The Town, Candlemass, Therion). Ich debiutancki krążek “Money Never Sleeps” jest bowiem szczególnie wysoko oceniany w zachodniej prasie, a co niektóry określają go nawet mianem albumu roku w kategorii AOR. Niestety pech chciał, że grali idealnie w tym samym czasie co Witchcraft, a ta druga jest już kapelą z rangi tych, których nie przepuszczam.

Ten niezwykle młody kwartet ze Szwecji cieszy się już solidną popularnością, a jego debiutancki krążek z 2004 roku ma wręcz kultowy status wśród zwolenników reaktywacji brzmień wczesnego Pentagram i Black Sabbath. Ja wiem, że może to i odtwórcze, ale te kawałki są naprawdę miażdżące i w niczym nie ustępują wspomnianym wyżej zespołom. Pomimo iż Witchcraft zagrał na tej samej scenie i podobnych warunkach do Torch, różnica w obu koncertach była ogromna. Witchcraft rozwinął wręcz piorunujące brzmienie, jedno z najlepszych na całym festiwalu. Talent chłopaków z Orebro, pasja i umiejętności w artykulacji poszczególnych dźwięków, pasaży instrumentalnych, kreowania nastroju i budowania improwizacji ujawniły przepaść dzielącą Witchcraft i wielu innych artystów uprawiających podobną stylistykę. Nic dziwnego, że twórczość tego kwartetu zainspirowała samego Phila Anselmo do reaktywacji Down. Ci młodzi bogowie starej szkoły grania pokazali, że nie są wyłącznie zespołem retro, a już odbyte trasy u boku Monster Magnet czy Motörhead pozwoliły chłopakom okrzepnąć i nabrać niezbędnego doświadczenia scenicznego. Osobna sprawa to setlista. Witchcraft ku mojej radości nie skupił się wyłącznie na promowaniu ostatniego, nota bene znakomitego krążka „The Alchemist”, prezentując na Zeppelin Stage bardzo przekrojowy program, w którym znalazło się miejsce nawet na kawałki z singli i mini albumów. Nie licząc Uriah Heep z całą pewnością był to najlepszy występ pierwszego dnia imprezy.

Setlista:
1. Queen Of Bees / 2. No Angel Or Demon / 3. Wooden Cross (I Can’t Wake The Dead) /4. The Alchemist / 5. Witchcraft / 6. Schyssta Lögner / 7. Chylde Of Fire / 8. You Bury Your Head /9. Her Sisters They Were Weak / 10. If Crimson Was Your Colour


Jeńców nie wziął też Amon Amarth. Zespół, którego przedstawiać nie trzeba, wszak od kilku lat cieszy się ogromną popularnością wśród fanów brutalnej muzy na całym świecie. Ich wręcz idealnie przyrządzona hybryda death metalu i klasycznych brzmień rozpętała prawdziwą furię na Sweden Stage. Amon Amarth miał tego wieczoru zdecydowanie najliczniejsze grono wielbicieli. Popularność tej grupy rośnie w zastraszającym tempie, o ile już nie osiągnęła swojego apogeum. Kwintet ze Sztokholmu rozerwał swych fanów na strzępy przy dźwiękach „Twilight Of The Thunder God”, „Free Will Sacrifice”, „Runes To My Memory”, „Fate Of Norns” i wielu innych kawałków z już całkiem obszernej dyskografii tego znakomitego zespołu. Występ ten zaaranżowano z dużym rozmachem, bogatą scenografią i efektami pirotechnicznymi. Wszystkie te zabiegi doskonale uzupełniały się ze specjalnie zaprojektowaną sceną, ciekawym podestem pod perkusję i kilkoma innymi bajerami. Cyrk godny miana gwiazdy wieczoru, a przecież po Amon Amarth na tej scenie grało jeszcze brytyjskie Uriah Heep. Szwedzi mogli jednak liczyć na znacznie lepsze przyjęcie od legendy hard rocka, za co wynagrodzili się w pełni dając show bez słabych punktów. Jedyne, do czego ewentualnie bym się przyczepił, to momentami zbyt „sprasowane” brzmienie, któremu chwilami brakowało ostrości. Na szczęście nie miało to żadnego wpływu na selektywność wokalu i pozostałych dźwięków wydobywanych spod palców tych wikingowych weteranów.

Setlista:
1. Intro / 2. Twilight Of The Thunder God / 3. Free Will Sacrifice / 4. Asator /5. Varyags Of Miklagaard / 6. Runes To My Memory / 7. Thousand Years Of Oppression /8. Guardians Of Asgaard / 9. Live For The Kill / 10. Fate Of Norns / 11. Victorious March /12. The Pursuit Of Vikings / 13. Cry Of The Black Birds / 14. Death In Fire


Przed Uriah Heep zdążyłem jeszcze liznąć występów The Chair i Blaze’a Bayleya. Pierwszy zespół to efemeryda złożona z czterech Szwedów i amerykańskiego wokalisty. Zagrali godzinny set w namiocie Gibson Stage, a ich koncert wypełniły dźwięki z pogranicza brzmień Mountain, TenYears After, Jimiego Hendrixa, Sir Lord Baltimore, November i wczesnego Black Sabbath. Debiutancki album tej grupy ukazał się w czerwcu 2008 roku, jednak po dziś dzień nie udało mi się z nim zapoznać. O dziwo The Chair to wcale nie młodzi artyści, bo panowie wyglądają już raczej na wieloletnich bywalców sceny rockowej. Retro hard rock w ich wykonaniu wypadł całkiem przekonująco, aczkolwiek w secie brakowało mi bardziej dymanicznych, żywiołowych i bądź co bądź bardziej chwytliwych kompozycji. Większość granych tematów oscylowała w podobnych tempach, podczas gdy w poszczególne kawałki z pewnością dałoby się tchnąć jakiś ciekawszy aranż bądź intrygujące rozwiązania melodyczne.

Blaze Bayley był jak zwykle fantastyczny. Szkoda, że trafiłem na samą końcówkę, oglądając może z piętnaście ostatnich minut setu. Zatrzymam się więc w tym miejscu, bo ciężko jest obiektywnie oceniać koncert, w którym uczestniczyłem zaledwie fragmentarycznie.

Uriah Heep zamknął pierwszy dzień Sweden Rock ponad 90-minutowym koncertem, w którym zaprezentował w całości swe najnowsze dzieło „Wake The Sleeper” przemieszane cytatami z bogatej przeszłości weteranów hard rocka. I był to (jak zawsze w ich przypadku) wprost urzekający swym pięknem występ, na którym nie mogło zabraknąć tak nieśmiertelnych hitów jak „Easy Livin’”, „Lady In Black” czy „Gypsy” (tu w Szwecji zagrane w połączeniu ze szlagierem „Look At Yourself”). Materiał z nowego studyjnego krążka, pierwszego od dziesięciu lat, również cieszył się bardzo dobrym przyjęciem ze strony wymagającej publiczności. Trzeba przyznać, że kawałki „Overload”, „Tears Of The World”, „Angels Walk With You” czy instrumentalna wariacja w temacie „Wake The Sleeper” mają w sobie klasę dokonań Uriah sprzed lat. Wszystkie te kompozycje wypadły powalająco i co najważniejsze – zupełnie nie nudziły. Często jest bowiem tak, że kiedy legendarny zespół decyduje się na ryzykowne posunięcie odegrania w całości nowego materiału, te świeże utwory aż w tak dużej dawce powodują odruch wymiotny u starej generacji fanów, oczekujących głównie na klasyczne przeboje. W przypadku Uriah Heep zabieg ten odniósł zgoła odwrotny skutek. Ich przestarzały i w gruncie rzeczy zbliżony od lat od set został całkowicie zrewidowany nowymi kompozycjami w podobnej stylistyce, a dobór pozostałych utworów przemyślany pod kątem potrzeb fanów (m.in. „Stealin’” i pełna wersja „July Morning”). Uriah Heep to grupa profesjonalna w każdym calu. W pewnym momencie przecież mało brakowało, a koncert w ogóle by się nie odbył. Tu i ówdzie pokropił nieco deszcz, zamokły kable, w efekcie czego nastąpiła dość poważna awaria gitary basowej Trevora Boldera. Zespół ze stoickim spokojem dograł kawałek do końca, po czym nie tracąc dobrego humoru zapowiedział kilkuminutową przerwę, kładąc bezwzględną wiarę w umiejętności swoich technicznych. Zresztą te częste zwroty akcji, niepowodzenia, a nawet tragedie to w bogatej historii Uriah Heep rzecz normalna. Dziś na szczęście najgorsze wydaje się być jednak daleko za nimi, co potwierdza jakość nowego albumu i entuzjazm, który towarzyszy muzykom na estradzie pomimo ponad czterdziestoletniego stażu. Gitarzysta Mick Box to gość wiecznie uśmiechnięty, który jak nikt potrafi czarować wydobywanymi spod palców riffami i magicznymi solówkami. Wtóruje mu Trevor Bolder, którego dynamiczna, stara szkoła gry na basie stanowi potężną ścianę dźwięku wraz z partiami perkusji w wykonaniu Russela Gilbrooka. Ten młody pałker doskonale wpasował się w brzmienie zespołu pomimo, iż jego styl różni się momentami dość znacznie od tego, w jakim grał nieodżałowany Lee Kerslake... Również Bernie Shaw to prawdziwej klasy frontman i chyba wciąż najlepszy gość, jaki mógł się tej kapeli przytrafić po śmierci Davida Byrona i odejściu Johna Lawtona. Taki Uriah Heep może jeszcze wiele zdziałać na dzisiejszej scenie. Sądząc po koszulkach na koncerty tego bandu chodzą dziś zarówno starzy fani rocka jak i młodzi wielbiciele power i black metalu.

Setlista:
1. Intro / 2. Wake The Sleeper / 3. Overload / 4. Tears Of The World / 5. Stealin’ / 6. Sunrise /7. Heaven’s Rain / 8. Book Of Lies / 9. Light Of A Thousand Stars /10. Gypsy / Look At Yourself /11. What Kind Of God / 12. Ghost Of The Ocean /13. Angels Walk With You / 14. Shadow /15. War Child / 16. July Morning / 17. Easy Livin’ / 18. Lady In Black /


Dzień drugi


Pomimo nocnej ulewy i chwilami bardzo niskiej temperatury stał na najlepszym poziomie pod względem zabawy oraz artystycznego poziomu koncertów. Nawet jeśli niektórych artystów (m.in. Rage, Grand Magus, Dan Baird) niestety nie udało mi się zobaczyć z uwagi na pewne zobowiązania. Z pozostałych kapel największe wrażenie zrobili na mnie The Outlaws, The Tubes, Over The Rainbow i Twisted Sister. Bardzo ciekawy show dały też zespoły H.E.A.T, Candlemass, Tyketto oraz szczególnie wyczekiwany tego dnia ZZ Top.

The Outlaws występowali w Europie pierwszy raz od 1981 roku, możecie więc sobie wyobrazić, ile ten koncert znaczył dla oddanych zwolenników southern rocka. Zagrali punktualnie o 15.00 na najlepszej pod względem akustyki scenie Sweden Stage, porywając wszystkich swym oszałamiającym występem. To był moment, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Świat bowiem po raz kolejny doświadczył potęgi tej grupy, kiedy zespół zaprezentował większość koncertowego repertuaru z najlepszego okresu swej działalności, przypieczętowanego krążkiem „Bring It Back Alive” z 1978 roku. Były więc m. in. oszałamiające wersje „There Goes Another Love Song”, „Knoxville Girl” i ponad dwudziestominutowe „Green Grass And High Tides” z debiutanckiego Lp, gdzie każdy z muzyków zademonstrował swój wręcz oszałamiający kunszt instrumentalny. Gitarzyści Billy Crain i Chris Anderson to być może najlepszy duet, z jakim ja osobiście obcowałem na żywo. Pierwszy ze wspomnianych tu panów gra chyba jeszcze lepiej, niż Duane Allman na „At Fillmore East”. Może to i bluźnierstwo, ale ja byłem w prawdziwym szoku widząc, co potrafi robić ten facet. Oczywiście The Outlaws to nie tylko ci dwaj wspomniani przeze mnie instrumentaliści. Z oryginalnego składu zespołu pozostało dwóch muzyków – Henry Paul (gitara, wokal) i Monte Yoho (perkusja). Nic więc dziwnego w tym, że mój wzrok skupiał się głównie na tych osobnikach. Z drugiej jednak strony każdy z muzyków tego składu jest prawdziwym indywidualistą i panem swojego instrumentu, sprawdzającym się doskonale także w grze zespołowej. Nie miało znaczenia, czy był to magiczny w swej wymowie „Hurry Sundown”, wolnościowy „Freeborn Man” czy zapierające dech w piersiach „You Are The Show” i „Gunsmoke” – ten zespół po prostu powalał na kolana każdą frazą zagraną tamtego popołudnia. Na koncercie były też chwile szczególnie nostalgiczne. Do takich trzeba zaliczyć zagrany ku pamięci zmarłego lidera The Outlaws Hughie Thomassona „Grey Ghost” oraz wybrzmiałe na sam koniec „(Ghost) Riders In The Sky”, kiedy to scenę opanował prawdziwy huragan...

1. Intro / 2. There Goes Another Love Song / 3. Hurry Sundown / 4. Freeborn Man /5. Grey Ghost /6. You Are The Show / 7. Prisoner / 8. Gunsmoke / 9. So Long Without You / 10. Waterhole /11. Knoxville Girl / 12. Green Grass And High Tides /13. (Ghost) Riders In The Sky (encore)


Po fenomenalnym The Outlaws nastał czas, kiedy sceny Sweden Rock Festival opanowali miejscowi muzycy. Na Festival Stage doskonały show przygotował Candlemass, którego oprawa skonstruowana na modłę krążka „Death Magic Doom” nie pozostawała żadnych złudzeń, kto tutaj rządzi. Zastanawiam się, czy ten gig nie wyjdzie kiedyś na DVD, bowiem Candlemass przyłożył się do tego koncertu w sposób szczególny. Zagrali naprawdę znakomicie, przechodząc poprzez poszczególne takty niczym walec. Mnie powalił zwłaszcza „The Bleeding Baroness” – sztandarowa wizytówka z ich ostatniej płyty studyjnej. Stare kawałki z ery Johana Langquista i Messiaha Marcolina robiły równie piorunujące wrażenie, a interpretacja przez Roberta Lowe takich szlagierów jak „Dark Are The Veils Of Death”, „At The Gallows End” czy „A Sorcerer’s Pledge” potwierdziły jego wysoką pozycję w charakterze frontmana szwedzkich bogów doom metalu. Aż trudno w to uwierzyć, ale Candlemass jest dziś silniejszy nisz kiedykolwiek. W zespół ten tchnięto nowe życie, a Leif Edling i jego ekipa przeżywają dziś w Szwecji prawdziwy renesans swej popularności.

Setlista:
1. Mirror Mirror / 2. Dark Are The Veils Of Death / 3. Samarithan / 4. If I Ever Die /5. Hammer Of Doom / 6. At The Gallows End / 7. Emperor Of The Void /8. The Bleeding Baroness /9. A Sorcerer’s Pledge / 10. Solitude / 11. Kill The King

To samo tyczy się dzieciaków z H.E.A.T, którzy dopiero co wydali debiutanckiego longa, a już są na czołowych pozycjach list sprzedaży w całej Skandynawii. Pamiętam, jak jeszcze rok temu zaczynali tutaj w małym namiocie Gibson Tent, a teraz nawet Zeppelin Stage okazało się dla nich zbyt ciasne. Na ten występ przyszło jakieś dziesięć tysięcy młodzieży, głównie w przedziale wiekowym 14-17 lat. Jaja były więc nieprzeciętne, bo takiej histerii z udziałem nastolatek póki co jeszcze nie widziałem. Przypominało to trochę erę The Beatles czy glam rockowego boomu spod znaku T. Rex i Gary’ego Glittera, chociaż muzyka grana przez Szwedów zdecydowanie bardziej oscyluje w kręgach klasycznego AOR i melodyjnego hard rocka. Utwory z debiutanckiego krążka H.E.A.T (m.in. „There For You”, „Keep On Dreaming”, „Follow Me”, “Late Night Lady” uderzyły publikę prosto między oczy, a show młodziaków dał sporo do myślenia rodzimym weteranom tej sceny pokroju Europe i Treat. Tymczasem H.E.A.T grał dalej, osiągając apogeum aplauzu i adrenaliny podczas wykonania premierowego singla „1000 Miles” - niemal popowego przeboju z czołówki szwedzkiej telewizyjnej listy przebojów. Nastoletnie fanki znały każdy wers i nutę tego bądź co bądź, zgrabnego kawałka. I tak mi się wydaje, że tym koncertem H.E.A.T ukradł dużą część publiczności innym obiecującym grupom w rodzaju Crashiet, Babylon Bomz, Gemini Five czy Hardcore Superstar.

Chwilę później na tej scenie zagrała grupa Tyketto, której lata świetności przypadły jeszcze na początek lat dziewięćdziesiątych. Podobnie jak dzisiaj H.E.A.T, również Danny Vaughn (ex- Waysted) i spółka cieszyli się wówczas popularnością i wizerunkiem godnym boys bandów z okładek „Bravo” i tym podobnej prasy przeznaczonej dla tamtejszych nastolatek. Dzisiaj Tyketto to wciąż kultowy band którego koncerty odbywają się dość sporadycznie, stąd też ich występ w ramach Sweden Rock był czymś, czego raczej nie można było przegapić. Dotychczas grupa decydowała się głównie na okazyjne koncerty o podłożu czysto nostalgicznym i z tego co wiem, dopiero teraz muzycy myślą o wskrzeszeniu zespołu w pełnym wymiarze. Przyznam, że jak na taką w pewnym sensie odkurzoną kapelę Tyketto zaprezentował bardzo poruszający i ciekawie zaaranżowany program, w którym znalazło się miejsce na szlagiery z debiutanckiego i najbardziej popularnego krążka „Don’t Come Easy” (m.in. „Forever Young”, „Wings” i „Burning Down Inside”) jak i kawałki z mniej popularnych albumów powstałych już w okresie, kiedy scenę zdominowała epoka grunge (m.in. „Strength In Numbers”). Pojawiły się wreszcie tematy z czasów, kiedy w zespole śpiewał Steve Augeri (późniejszy wokalista Journey). Znaczną część repertuaru zespół zaprezentował w Szwecji w wersjach zbliżonych do oryginału, momentami skłaniając się ku nieco bardziej akustycznym aranżacjom. Wypadło to naprawdę przekonująco, a krystalicznie czyste brzmienie zespołu uzyskane przez jego trzech oryginalnych członków (plus nowy gitarzysta PJ Zitarosa) idealnie współgrało ze znakomitą oprawą świetlną tego przedstawienia.


Wszystko to poszło jednak w zapomnienie z chwilą, gdy na Sweden Stage pojawił się amerykański kwintet The Tubes. Oto przez bite dziewięćdziesiąt minut byliśmy świadkami odrażającego teatru, będącego połączeniem pastiszu Franka Zappy i rockowej parodii Roxy Music. Główną postacią tego cyrku jest wciąż Fee Waybill – niezwykle oryginalny wokalista-frontman o wielu twarzach. Niezależnie od tego, czy przywdziewa na siebie telewizor z poszarpanymi czinczami („No Way Out”), pijacki granitur („Out Of The Business”) czy przyjmuje rolę dręczyciela rodem z salonów sado-maso („Mondo Bondage”) – frontman The Tubes jest tak samo przekonujący we wszystkich swych wcieleniach. Oczywiście szczytem prowokacji artystycznej jest grana przez Fee postać Quaya Lewda – rockowego dewianta, który posłużył Waybillowi jako wytrych do nakreślenia portretu i ekscesów współczesnego showbiznesu. Element ten jest od lat stałym punktem przedstawień The Tubes i trzeba przyznać że kiedy półnagi, napudrowany niczym stara dziwka Fee parodiuje na scenie w ogromnych, blisko metrowych obcasach jest po prostu nie do przebicia. Podobnie jak niemałych rozmiarów wibrator wetknięty w jego srebrne, lateksowe gacie...

Szkoda jedynie, że dzisiejsze przedstawienia The Tubes nie są już tak gigantyczne i oszałamiające, jak miało to miejsce na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Próżno w nich szukać cyrkowych akrobatów, iluzjonistów czy dynamicznie zmieniających się scen i rekwizytów rodem z najlepszej klasy spektakli teatralnych. Budżet już niestety nie ten sam, jednak The Tubes udowodnił, że nadal da się zrobić porażający swą klasą cyrk przy wykorzystaniu minimum posiadanych środków. Ten niezwykle oryginalny show w ramach SRF i tak należał więc do szczytowych osiągnięć spektakli teatralnych na aktualnej scenie rockowej. Towarzyszyła mu zresztą doskonała oprawa muzyczna, złożona z najbardziej kultowych numerów zespołu oraz wulgarnej wersji szlagieru spółki Lennon / McCartney „I Saw Her Standing There”.

Setlista:
1. Up From The Deep / 2. Out Of The Business / 3. No Not Again / 4. Amnesia / 5. She’s A Beauty /6. Turn Me On / 7. I Was A Punk Before You Were A Punk / 8. I Saw Her Standing There /9. No Way Out / 10. Mondo Bondage /11. Don’t Want To Wait Anymore / 12. Boy Crazy /13. White Punks On Dope / 14. Talk To Ya Later (encore)


Większość uczestników udała się teraz pod główną scenę Festival Stage, aby naocznie przekonać się o aktualnej formie teksańskich dziadków z ZZ Top. Grupa ta była jedną z najbardziej legendarnych formacji na tej edycji imprezy, stąd też jej koncert wzbudził szczególnie zainteresowanie prasy i zgromadzonej publiczności. Sądząc po twarzach i t-shirtach większość z fanów pamięta ten zespół z czasów multiplatynowego krążka „Eliminator” oraz mega-hitów w rodzaju „Gimme All Your Lovin’” i „Sharp Dressed Man”. Nie zapominajmy jednak, że teksańskie trio to ma za sobą aż czternaście albumów, z których każdy naszpikowano w blues i hard rockowy groove najwyższego kalibru. Dziś lata największej popularności ZZ Top ma jednak za sobą i na szczęście fakt ten miał swe odzwierciedlenie w przedstawionym tego wieczoru repertuarze. Bill Gibbons i spółka cały czas pamiętają, że w pewnych kręgach cieszyli się kultową popularnością jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych, a numery takie jak „La Grange” czy „Tush” wciąż mają status tych nieśmiertelnych. I to głównie takiego ciężkiego blues rocka ZZ Top podarował swym fanom podczas tego historycznego, pierwszego występu grupy na szwedzkim festiwalu. Pewną okazję ku temu było też czterdziestolecie działalności tria, stąd zespół chcąc nie chcąc musiał skierować się także ku tym najstarszym kompozycjom. Usłyszeliśmy więc bardzo ciężki wersje „Waiting For The Bus”, „Jesus Has Left Chicago”, „Tube Snake Boogie”, „Heard It On The X” czy „Just Got Paid” ze sfuzzowaną, wydłużoną partią solową Billy’ego Gibbonsa. Przekrojowy w gruncie rzeczy materiał oscylował pomiędzy latami siedemdziesiątymi oraz okresem, kiedy to ZZ Top wydawał swe najbardziej popularne i komercyjne płyty „Afterburner” i „Eliminator”, ze śladową domieszką nagrań dokonanych przez grupę w późniejszym okresie (m.in. „Pincushion”). Nie mogło zabraknąć hitów takich jak „Legs”, „Got Me Under Pressure” i „Cheap Sunglasses”. To był bardzo ciekawy show, a już samo oglądanie z bliska pokaźnych rozmiarów zarostu panów Hilla i Gibbonsa robiło niesamowite i trochę komiczne wrażenie. A przecież był jeszcze kunszt artystyczny, piękna oprawa świetlna oraz telebimy, na których wyświetlano kolaże obrazów czy zbliżenia twarzy i rąk muzyków. Jedynym minusem tego koncertu było zbyt słabe nagłośnienie perkusji oraz brak dynamiki w poszczególnych partiach instrumentalnych. Sam brzmienie było natomiast wręcz monstrualne. Ten gig należał do tych, które musiały się podobać, bo tak to już musi być, kiedy obcuje się na żywo z najprawdziwszą klasyką amerykańskiego rocka.

Setlista:
1. Intro / 2. Got Me Under Pressure / 3. Waiting For The Bus / 4. Jesus Has Left Chicago /
5. Pincushion / 6. I’m Bad, I’m Nationwide / 7. I Can’t Tell My Faith / 8. Cheap Sunglasses /9. I Need You Tonight / 10. Catfish Blues / 11. Foxy Lady / 12. Heard It On The X /13. Just Got Paid (including guitar solo) / 14. Gimme All Your Lovin’ /15. Sharp Dressed Man /16. Legs / 17. Tube Snake Boogie / 18. La Grange / 19. Tush



Chwilę potem tak się zakręciłem, że trafiłem na koncert Hammerfall zamiast rozpoczynającego w tym samym czasie na Sweden Stage zespołu Over The Rainbow. Scenografia jakoś mi jednak nie pasowała i metodą dedukcji wreszcie doszedłem, że coś tu musi być nie tak. Szczęście w nieszczęściu, że Over The Rainbow chwilkę się opóźnił i kiedy dobiegłem na miejsce panowie Joe Lynn Turner, Jurgen Blackmore, Greg Smith, Paul Morris i Bobby Rondinelli właśnie wychodzili na scenę.

„Nie macie co liczyć na powrót Rainbow!” grzmiał nie tak dawno z ambony donośny głos Ritchiego Blackmore’a... Skoro nie, to przynajmniej mamy coś możliwie najbardziej zbliżone do ideału. Aż czterech z wyżej wymienionych muzyków było bowiem w przeszłości członkami różnych reinkarnacji tego znakomitego bandu, a na gitarze prowadzącej koniec końców jest przynajmniej syn Ritchiego. I bardzo dobrze... Podczas, kiedy stary Blackmore przygrywa do kotleta w celtyckich barach, pozostali nie oglądają się za siebie, niosąc starym fanom prawdziwy hard rockowy dynamit. Chyba tak najlepiej należałoby zdefiniować ten koncert. Dynamit. Tempo i czad, z jakim panowie przelecieli po kawałkach „Tarot Woman” i „Kill The King”, było iście imponujące. Gdzieś dalej chwilę ukojenia przyniosło balladowe „Street Of Dreams”, by chwilę potem ponownie przywalić skocznym „Man On The Silver Mountain” i kąsającym niczym osa „Death Alley Driver”. Dużym i pozytywnym zaskoczeniem było pojawienie się w secie mniej popularnych kompozycji w rodzaju „The Eyes Of The World” czy odkurzonej perełki z albumu „Finyl Vinyl” – „Jealous Lover”. Ten występ to było bite dziewięćdziesiąt minut z hard rockową klasyką, gdzie każdy z prezentowanych utworów został przedstawiony tak, jak w istocie rzeczy należało go zagrać. Koncert brzmieniowo wręcz heavy metalowy, perfekcyjny tak aranżacyjnie jak i wizualnie, bo każdy z muzyków dał z siebie chyba wszystko tamtejszego wieczoru. W ten mroczny i deszczowy wieczór brakowało im jedynie solidnej oprawy świetlnej, która z pewnością uwypukliłaby atuty Over The Rainbow. Co niektórzy mogliby też doczepić się do samej gry młodego Blackmore’a, która ma w sobie znacznie więcej ze stylistyki amerykańskich hard rockowych wymiataczy, niż z subtelności i podszytej klasyką gry sławnego ojca.

Setlista:
1. Tarot Woman / 2. Kill The King / 3. Street Of Dreams / 4. Man On The Silver Mountain /5. Death Alley Driver / 6. The Eyes Of The World / 7. Ariel / 8. Wolf To The Moon /9. I Surrender /10. Can’t Happen Here / 11. Jealous Lover /12. Bobby Rondinelli Drum Solo / 13. Stargazer /14. Long Live Rock ‘N’ Roll / 15. Since You Been Gone / All Night Long (encore)


Na sam koniec zagrał Twisted Sister. Występując przy komplecie publiczności tradycyjnie już udźwignął miano gwiazdy wieczoru, serwując nam szaloną miksturę glamu, buntowniczych liryków i chwytliwych riffów, chodzących w głowie większości z nas gdzieś mniej więcej od połowy 1984 roku. To właśnie wówczas album „Stay Hungry” osiągnął swe milionowe nakłady, a w samej Szwecji sprzedano go grubo ponad 100 000 tysięcy egzemplarzy. Aktualna trasa świętująca 25-lecie tego wydawnictwa ciągnie się już kilka lat i ma być rzekomo ostatnią, podczas której Twisted Sister występują w swych kultowych kostiumach. Potem mają już wyglądać jak... powiedzmy, że tradycyjny zespół rockowy. Póki co jednak obraz koncertowego Twisted Sister pozostał bez zmian - Dee Snider przemierza dziesiątki kilometrów na scenie, podczas gdy jego koledzy pogrywają w tle przypalając sobie papierosy. Lider tej kapeli to gość, którego czas się nie ima. Doskonały frontman, którego umiejętności w nawiązywania kontaktu są trudne do podrobienia. Dee Snider jest wszędzie i widzi dosłownie wszystko. Nie ma znaczenia, czy jest to zdejmowany w tłumie stanik przez nakręconą fankę czy też rodzaj kebabu wsuwanego z boku sceny przez kilku zmęczonych uczestników... Do tego ciągły headbanging i teksty wypluwane z prędkością karabinu maszynowego. Zagrali w całości album „Stay Hungry”, ze szlagierami w postaci „I Wanna Rock”, „The Price” i „We’re Not Gonna Take It”. Materiału szerzej przedstawiać nie trzeba, bo ten krążek to klasyczny pomnik muzyki hard rockowej.

Prawdą jest również to, że większość kapel przy Twisted Sister przypomina zderzenie malucha z ciężarówką, bo siła rażenia Amerykanów jest naprawdę potężna. Do tego dochodzi ów szczególny przekaz, z którym utożsamia się chyba każdy, kto tamtej nocy uczestniczył w tym pamiętnym koncercie. Gdzieś w środku głos zabrał nawet gitarzysta Jay Jay Frech, wygłaszając ze sceny znakomity speech na temat długowieczności oddziaływania rocka w zestawieniu z dzisiejszymi pseudo-gwiazdami. Wtórowali mu między innymi Lemmy i Phil Campbell z Motörhead, podłączając się do wspólnego koryta w temacie „It’s Only Rock ‘N’ Roll” wiadomo kogo. Na bis „Come Out And Play”, “Under The Blade” i “You Can’t Stop Rock ‘N’ Roll”. Nic dodać, nic ująć.

Setlista:
1. Stay Hungry / 2. We’re Not Gonna Take It / 3. Burn In Hell / 4. Horror-Teria / 5. I Wanna Rock /6. The Price / 7. Don’t Let Me Down / 8. The Beast / 9. S.M.F. /10. It’s Only Rock ‘N’ Roll /11. Come Out And Play (encore) /12. Under The Blade (encore) / 13. You Can’t Stop Rock ‘N’ Roll (encore)




1|2




Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Nadchodzące koncerty:

11 września:

NAPINKA 10 #9
Camerata Music / Chełm

Zagrają: FAUST AGAIN, DROWN MY WAY, BURN THE WITCH, ONE DAY RISE, BORUTA

11 września:

Płock Cover Festival
Plaża nad Wisłą / Płock

Zagrają: EDGUY, IN EXTREMO, SIRENIA, JELONEK

11 września:

Ino-Rock Festival
Plaża / Inowrocław

Zagrają: ANATHEMA, OZRIC TENTACLES, AIRBAG, VOTUM

18 września:

Turbo Celebration
Progresja / Warszawa

Zagrają: PRIMAL FEAR, TIM RIPPER OWENS, TURBO, THUNDERBOLT, PRIVATEER, CRIMES OF PASSION

25 września:

VIII Zlot Fanów Hard Rocka
Pub Grota / Katowice

26 września:

KABANOS
Smok / Otwock

29 września:

D'ESPAIRSRAY
Progresja / Warszawa

01 października:

TARJA
Stodoła / Warszawa

02 października:

TARJA
Studio / Kraków

03 października:

ANATHEMA
Proxima / Warszawa

04 października:

ANATHEMA
Studio / Kraków

05 października:

DIE TOTEN HOSEN
Eskulap / Poznań

06 października:

DIE TOTEN HOSEN
Ucho / Gdynia

07 października:

DIMMU BORGIR
Progresja / Warszawa

08 października:

DIE TOTEN HOSEN
Stodoła / Warszawa

8 października:

EXUMER
Progresja / Warszawa

8 października:

DIMMU BORGIR
Studio / Kraków

09 października:

KILLING JOKE, AGGRESSIVA 69, MADE IN POLAND
Palladium / Warszawa

09 października:

DIE TOTEN HOSEN
Kwadrat / Kraków

09 października:

LIMP BIZKIT
Stodoła / Warszawa

09 października:

DILLINGER ESCAPE PLAN, CANCER BATS
Progresja / Warszawa

10 października:

DIE TOTEN HOSEN
WZ / Wrocław

13 października:

SHADOW GALLERY
Progresja / Warszawa

16 października:

TRISTANIA, ASRAI, UNSUN
Loch Ness / Kraków

17 października:

WATAIN, DESTROYER 666
Loch Ness / Kraków

16 października:

WATAIN, DESTROYER 666
Progresja / Warszawa

19 października:

BLIND GUARDIAN
Stodoła / Warszawa

22 października:

APOCALYPTICA
Eskulap / Poznań

22 października:

IRON BUTTERFLY
Andaluzja / Piekary Śląskie

23 października:

IRON BUTTERFLY
Wytwórnia / Łódź

24 października:

IRON BUTTERFLY
Progresja / Warszawa

25 października:

APOCALYPTICA
Stodoła / Warszawa

25 października:

JOE BONAMASSA
Palladium / Warszawa

26 października:

ARCH ENEMY
Stodoła / Warszawa

28 października:

DEEP PURPLE
Hala Podpromie/ Rzeszów

30 października:

DEEP PURPLE
Spodek / Katowice

31 października:

DEEP PURPLE
Hala Stulecia / Wrocław

05 listopada:

RIVER OF BOOZE III
Luka / Łódź
Zagrają: LUCKY FUNERAL, THE VAGITARIANS, DEATH DENIED

10 listopada:

John LORD, Kasia ŁASKA
Sala Kongresowa / Warszawa

17 listopada:

AMORPHIS, ORPHANED LAND, GHOST BRIGADE
Proxima / Warszawa

20 listopada:

Hardfest
Dekompresja / Łódź
Zagrają: MAD SIN, TERROR (USA), FULL BLOWN CHAOS (USA), NO TURNING BACK(NL), DISCIPLINE ( NL), SCHIZMA, 1125, HARDWORK, WAY SIDE CREW, THE CUFFS, THE HEADHUNTERS, SELF RESPECT, DAY BEFORE DEATH

23 listopada:

Martin TURNER'S WISHBONE ASH
Dekompresja / Łódź

23 listopada:

Martin TURNER'S WISHBONE ASH
Andaluzja / Piekary Śląskie

28 listopada:

THERION
Studio / Kraków

28 listopada:

THERION
Stodoła / Warszawa

02 grudnia:

SYLVAN, NOODLE BLACK PROJECT
Andaluzja / Piekary Śląskie

04 grudnia:

W.A.S.P.
Kwadrat / Kraków

05 grudnia:

W.A.S.P.
Progresja / Warszawa

17 grudnia:

HELLOWEEN, STRATOVARIUS
Stodoła / Warszawa

18 grudnia:

HELLOWEEN, STRATOVARIUS
Studio / Kraków

18 grudnia:

ULVER
Palladium / Warszawa

2011

15 marca:

WITHIN TEMPTATION
Stodoła / Warszawa

 

Sklep Metal Mundus


Metal Mundus w sieci:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Nawigacja
FORUM DYSKUSYJNE
WYSZUKIWARKA
Aktualnie online
Gości online: 3

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 268
Najnowszy użytkownik: inextremo
Najnowsze Recenzje
RHAPSODY OF FIRE - The Frozen Tears Of Angels
MOON - Lucifer's Horns
METAL MANIAC - # 1/2010
APOCALYPTICA - 7th Symphony
IRON MAIDEN - The Final Frontier
OCTOBER FALLS - The Womb of Primordial Nature
VETUS OBSCURUM - Blood Revelations
DEADSPEAK - Ritual In Progress
PATEK XIII - Videothrash
WAY TO END - Desecrated Internal Journey
HARD TO BREATHE / DEATH ROW - Split 2009
BLIND GUARDIAN - At The Edge Of Time
KISKE-SOMERVILLE - Kiske-Somerville
SCHEMLISH - Die Hässlichen Kinder
KATAKLYSM - Heaven's Venom
HAMLET - La Puta y el Diablo
PINEAPPLE THIEF - Someone Here Is Missing
THE FINAL HARVEST - The End
WHITE WIZZARD - Over The Top
DWEEZIL ZAPPA - Return Of The Son Of...
NON OPUS DEI - Eternal Circle
RUINS - Front The Final Foes
SLAYER - Live Intrusion
Ostatnie Wywiady
BEHEMOTH (Nergal)
THESIS (Jan Kaliszewski)
PIGFACE BEAUTY
TUTAJ (Bartosz Nazaruk)
FIFTY FOOT WOMAN (Dominik Stachyra)
PIOTR ZYSIK
COCHISE (Wojciech Napora)
TRANSATLANTIC (Roine Stolt)
MOANAA (Marcel)
QUIET THINGS THAT NO ONE NEVER KNOWS (Konrad Knutej)
LESSDRESS (Paweł Nowakowski)
Relacje z koncertów
Mike TERRANA Clinic - Mega Club/Katowice
BRUTAL ASSAULT - Twierdza Josefov/Czechy
SUWAŁKI BLUES FESTIWAL - Suwałki
PORCUPINE TREE - Toya / Łódź
MASTERS OF ROCK - Vizovice/ Czechy
ROCK NA BAGNIE - Strękowa Góra
EUROPE - Plac Defilad / Warszawa
SONISPHERE FESTIVAL - Lotnisko Bemowo / Warszawa
ŁYDKA GRUBASA, PROJEKT X - Metal Cave/ Warszawa
AC/DC, Dżem - Lotnisko Bemowo / Warszawa

więcej relacji
Artykuły
'ZACOFANI' GÓRĄ!
DZIESIĘĆ KONCERTÓW, KTÓRE WSTRZĄSNĘŁY ŚWIATEM
MŁODY ZRZĘDA - Kupa w eterze
MŁODY ZRZĘDA - Jak ja nie cierpię Smerfów!
PODSUMOWANIE ROKU 2009
Biografie
RAMMSTEIN - Dobra kultura rowija się sama
WILD DOGS - czyli o rozmienianiu się na drobne
THE BEATLES - Biografia cz.II
Polecamy koncerty:













Copyright © 2007-2009 Metal Mundus