AGENCJA METAL MUNDUS


METAL UP!

= 14.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Warszawa / Progresja



= 15.12.2018

- A PERFECT CIRCLE
- CHELSEA WOLFE

+ Kraków / Tauron Arena



= 15.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Gdańsk / B90



= 16.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Wrocław / A2































Nawigacja
Artykuły » Relacje - 2011 » 2011.06.30 - Sonisphere Festival 2011 - Lotnisko Bemowo/ Warszawa
2011.06.30 - Sonisphere Festival 2011 - Lotnisko Bemowo/ Warszawa


Za nami jedno z najważniejszych, koncertowych wydarzeń roku 2011 – druga edycja wielkiego festiwalu „Sonisphere”, podobnie jak w 2010 – zorganizowana na stołecznym Lotnisku Bemowo. Od tamtego wydarzenia minęły ponad dwa miesiące, każdy kto uczestniczył tego dnia w anonsowanej imprezie, zdołał już wyrobić sobie o niej swoje własne zdanie. Liczne relacje z tegorocznej edycji „Sonisphere Festival”, zdążyły już opublikować ogólnopolskie media, czas więc na garść osobistych refleksji.

Po gigantycznym sukcesie inauguracyjnej odsłony „Sonisphere 2010”, kiedy to na Bemowo zjechało ponad 90,000 widzów – tylko kwestią czasu było zorganizowanie kolejnej edycji tegoż festiwalu, dokładnie w tym samym miejscu. Pierwsze „przecieki”, dotyczące składu drugiej edycji festiwalu, pojawiły się w kilkanaście dni po koncertach 2010. Już wówczas mówiło się, iż headliner’em kolejnej odsłony „największego objazdowego festiwalu świata”, będą brytyjscy giganci z Iron Maiden i to nie tylko jego polskiej odsłony, lecz wielu pozostałych, organizowanych w siedmiu krajach Starego Kontynentu.

Z końcem minionego roku, Live Nation Polska oficjalnie potwierdzili to, o czym mówiło się już od kilku miesięcy. Jednak przez długie tygodnie, na promocyjnych billboardach, figurowała jedynie nazwa zespołu Steve’a Harris’a – dla ścisłości, warszawski koncert był dokładnie dwudziestym występem Maiden’ów w Polsce (!!!), a pierwszym od pamiętnego koncertu na Stadionie Gwardii, w 2008. Czas mijał nieubłaganie i do megagwiazdy imprezy dołączały kolejne atrakcje: Motorhead, Mastodon, Volbeat, polskie Hunter, Corruption i Made Of Hate, tudzież Killing Joke, czy Devin Townsend Project.

Już w tym momencie było oczywiste, iż skład tegorocznej imprezy, choć formalnie liczniejszy, prezentował się zdecydowanie mniej imponująco, niż w przypadku BIG 4 (pierwszy koncert z cyklu!) – a jedynym zespołem, cyklicznie występującym przed kilkudziesięciotysięcznymi audytoriami jako headliner, byli starzy wyjadacze z Iron Maiden.

Sam obiekt – Lotnisko Bemowo, jest tak ogromny, iż bez trudu zmieści się tam nawet 500,000 widzów. Występowali tam już najwięksi z największych: Michael Jackson, Madonna, AC/DC, Metallica, w końcu: Iron Maiden. Przez pewien czas mówiło się nawet o show Slipknot, jako „special guests” dla Brytyjczyków, niestety – opcja ta okazała się jedynie afirmacją pobożnych życzeń licznych fanów – optymistów. Nie zachęcały do kupna wejściówek również ich ceny. Te mieściły się w przedziale 198 – 900 PLN, za Golden Circle fani musieli zapłacić 400 PLN, podobnie jak za miejsca siedzące, natomiast by wejść pół godziny przed wszystkimi - zarówno na zwykłą płytę, jak i pod scenę, trzeba było zapłacić odpowiednio: 250 i 450 PLN. W tym momencie, jedyne co mi pozostaje – to zacytowanie niezapomnianego Jacka Kuronia i przytoczenie jego pamiętnych słów, z dedykacją dla krajowych decydentów: „Panowie, to jest sku***syństwo…”.

Na kilka tygodni przed imprezą, lokalne media podały informację, iż LN spodziewali się powtórzenia frekwencyjnego sukcesu sprzed roku, co – o ile nie był to chwyt PR-owski, mogło tylko świadczyć o ich pazerności i kompletnym braku wyobraźni.

Kiedy w piątek, dziesiątego czerwca, około 12:00, wraz z wieloma uczestnikami koncertu, znalazłem się w Warszawie, w oddali zobaczyłem wielką estradę festiwalu i rzędy trybun, wszystko w podobnej konfiguracji, jak przed rokiem. Ponieważ posiadałem bilet, upoważniający mnie do przebywania wyłącznie na odległej strefie płyty lotniska, nie spieszyłem się zbytnio do zajęcia „pozycji strategicznej”. Udałem się na rekonesans najbliższej okolicy. Zewsząd gromadziły się spore grupki fanów, najczęściej przyodziane w koszulki i inne gadżety okolicznościowe, z charakterystycznym logo brytyjskiej, „żelaznej” formacji.

Kiedy do moich uszów dobiegły pierwsze dźwięki muzyki, ruszyłem z innymi zapaleńcami w kierunku głównej bramki przelotowej. Po kontroli biletów i niezwykle przyjaznym potraktowaniu przez ochronę festiwalu (brawo !!!), znalazłem się na płycie lotniska, która miała chyba kilometr długości. Dojście pod scenę zajęło mi sporo czasu. Mijałem dziesiątki stoisk, ogródków piwnych, nieliczne grupki fanów, w końcu: autobus „Red Bull” i małą scenę „AntyRadia”, usytuowaną za prawą trybuną, jakieś 200 metrów od sceny głównej (Saturn Stage). Właśnie na tej sześćdziesięciometrowej estradzie, przed nieliczną widownią (góra 3- 4 tysiące), prezentował swój recital kultowy Killing Joke. W pewnych kręgach, dowodzony przez charyzmatycznego Jaz’a Colman’a zespół, uchodzi za przedmiot absolutnego kultu.

Zajęcie dogodnej pozycji obserwacyjnej – nie sprawiło mi najmniejszego problemu, bowiem koncert pionierów post – punkowej alternatywy, oglądali nieliczni zwolennicy ich twórczości. A szkoda, bowiem repertuar grupy mógł imponować: „Requiem”, „This World Hell”, „The Great Cull”, spopularyzowany przez Metallicę „The Wait”, czy zakręcone „Pssyche” – „Dżoki” wbili mnie w murawę lotniska! Być może nagłośnienie nie imponowało mocą, ale charyzma artystów, doskonała interakcja muzyczna, robiły wrażenie. Przypomnę, iż niedawny koncert „Killing” w roli headliner’a został odwołany, ci którzy widzieli ich na Bemowie – mogli osobiście przekonać się o klasie zespołu.

W przerwie pomiędzy koncertem kolejnej atrakcji Sceny Głównej, udałem się do stoiska z marchendis’em, gdzie nabyłem gustowny program trasy headliner’a imprezy, następnie przemieściłem się w kierunku grupki fanów, stojącej pod sceną Anty Radia. Obsadę artystyczną Małej Sceny, organizator zaplanował, jako swoisty przegląd polskich artystów, z Hunterem w roli headliner’a wieczoru. Usłyszeliśmy m.in. Chasse, Leash Eye (faworyt konkursu Anty Radia), Corruption, Made Of Hate i popularnego Huntera – tuż przed koncertem Iron Maiden, na Saturn Stage.

Tymczasem zbliżał się koncert artysty nietuzinkowego, choć w Polsce nie cieszącego się zbytnią popularnością. Panie i Panowie, przed nami Devin Townsend – geniusz muzyki, multiinstrumentalista, kompozytor, nietuzinkowy wokalista. Tłum pod Saturnem trochę zgęstniał, pomny doświadczeń z wielu festiwali w przeszłości (Wacken, Sonisphere UK) – udałem się na upatrzoną pozycję obserwacyjną.

Ubrany w marynarkę, ogolony do gołej skóry Devin – szalał właśnie na estradzie. Artysta zaprezentował swoje agresywniejsze wcielenie, w repertuarze bazującym na programie albumów „Deconstruction”, czy „Addicted”. Mankamentem występu Townsenda był dźwięk, co najwyżej średniej jakości. Trzeba jednak przyznać, iż krótki czas estradowy (ok. 30 min) maestro wykorzystał bezbłędnie i kilkakrotnie poczułem oddziaływanie jego audialnej magii.

Występ geniusza ciężkiej muzyki, tylko wyostrzył apetyty na więcej. Dużo obiecywałem sobie po zbliżającym się właśnie koncercie Volbeat. Nie tylko ja – bowiem stojąc w odległości kilkudziesięciu metrów od centrum sceny głównej, obserwować mogłem gęstniejący tłum. Duńczycy w Europie cieszą się wielką popularnością, a w Niemczech, Skandynawii i Czechach są już gwiazdą pierwszej wielkości. Po reakcji zebranych wnioskuję, iż pozycja zespołu w Nadwiślańskim Kraju jest dość silną. Wielką estradę przyozdobił znak rozpoznawczy grupy – ogromna czaszka ze stylowym włosiem a la „Elvis Rockabilly”! Panowie od samego początku nie brali jeńców. „The Human Instrument” potrząsnął zebranymi – usłyszeliśmy też „Pool Of Booze, Booze, Booze”, przebojowe rockery w stylu „Fallen”, „Radio Girl”, czy stylowe covery „Sad Man’s Tongue” J. Cash’a czy „I Only Want To Be With You” Dusty Springfield.

Na początku koncertu Duńczycy anonsowali się, jako „Iron Maiden z Danii”, nie zabrakło też fragmentu „The Trooper”, czy wstawek riffowych z „Reign In Blood” Slayer, których oryginalne interpretacje słyszeliśmy na Bemowie rok temu (…) Występ Volbeat, okazał się w istocie jednym z mocniejszych punktów „Sonisphere 2011”. Po ok. 25 minutach na scenie głównej zainstalował się zespół, który wzbudzał już od paru lat mój szczery podziw i atencję.

Amerykanie z Mastodona do Polski jakoś szczęścia nie mieli. W 2007 nie dojechali na „Mystic Festival” do Spodka, rok temu – pomimo zapowiedzi, nie dane im było zagrać na „Sonisphere”, złośliwi twierdzili, iż panowie przedawkowali (…) Tym razem prog – sludge – metalowcy z USA wystąpili cali i zdrowi, jak mniemam całkiem trzeźwi. Zachwycały mnie ich dokonania, zawarte na płytach „Leviathan” i „Blood Mountain”, nie wiedziałem tylko, z którym obliczem zespołu będę miał przyjemność obcowania – prog-rockowym, czy raczej tym agresywniejszym, metalowo – stoner’owym? Amerykanie postawili na ścianę dźwięku i ogień!

Otwierający stawkę „Iron Tusk” przejechał po głowach zebranych, niczym miażdżący walec drogowy, Brent Hinds – gitarzysta/wokalista pozdrowił publiczność słowami: „Przepraszamy, że tak długo na nas czekaliście… Witamy w Polsce”. Miłe! Podczas koncertu Mastodon uszy co wrażliwszych ucierpiały i to srogo. „March Of The Fire Ants”, „Aqua Dementia”, „Circle Of Cysquatch”, „Bladecatcher” – z pomysłowymi, choć dość zabawnymi „zagwizdami”, w miejsce przetworzonej przez vocoder partii wokalnej, w końcu „Colony Of Birchmen”.

Troy Sanders – wymachiwał, niczym derwisz, swoją bujną czupryną, widać było, że muzycy traktują premierowy koncert przed polską publicznością, z dostojeństwem i powagą. Zastanawiam się tylko, czy wizjonerzy z Mastodon – dobrze czuli się na ogromnej scenie tego festiwalu? Jednak tego rodzaju muzyka, pełna hipnotycznego majestatu, tworząca ścianę dźwięku (Mars Volta???) – sprawdza się lepiej w realiach zadymionej sali klubowej, niż na gigantycznym lotnisku.

Liczni fani muzyki twierdzili, że zespół wręcz przytłoczył widownię, a nawet … śmiertelnie ich znudził. Moim zdaniem – Amerykanie pokazali klasę, jak mało kto. Zapraszamy na samodzielny gig („Stodoła”, „Proxima”, „Dekompresja”). Muszę przyznać, iż po koncercie Mastodon, tłum pod sceną wyraźnie rozrósł się, do dość pokaźnych rozmiarów, a na mobilnych sektorach, pojawili się pierwsi widzowie w ilości znacznie większej, niż kilka osób. W moim sąsiedztwie pojawiło się sporo fanów, bezwzględnie napierających ku pierwszym rzędom. Powód mógł być tylko jeden – za kilkanaście minut miał wystąpić prawdziwy „syn rock ‘n roll’a”, „urodzony na straty – żyjący, by zwyciężyć”, ktoś, kto ma taką muzykę we krwi, ikona, legenda –Ian „Lemmy” Kilmister i jego Motorhead!

Nie ukrywam – po Iron Maiden, to dla mnie kapela, na którą przyjechałem na Bemowo z miłą chęcią i niekłamaną ciekawością, niczym dorastający młodzian! Tak się bowiem składa, iż na muzyce Motorhead dorastałem, takie kompozycje, jak „Overkill”, „We Are (The Road Crew)” i „Orgasmatron” - tworzyły soundtrack moich młodzieńczych dni.

Tłum napierał, ja nie pozostawałem dłużny. Znalazłem się kilka dobrych metrów „z przodu”. Krótka próba dźwięku, zainstalowanie podestu perkusyjnego i charakterystycznej „czaszkowatej” płachty-artefaktu Motorhead, uświadamiały nam, że za moment na estradzie usłyszymy „najgłośniejszy zespół świata”. Gęstniejący tłum powitał Lemmy’ego burzą oklasków a 65-letni (!!!) leader zespołu powitał nas swym „firmowym” speechem: „We’re Motorhead – We play Rock ‘N Roll”. Znajoma zagrywka na basie i oto zaczyna się godzinna przygoda z najczystszym rock’iem na świecie: „Iron Fist”.

Moim oczom ukazał się obraz szalejącego tłumu, napierającego we wszystkich kierunkach w rytm zawadiackiej muzyki. Muszę przyznać, iż z perspektywy czasu – oceniam całe zajście jako niebezpiecznie. Nie inaczej było na kolejnych kawałkach: „Going To Brasil”, „Ace Of Spades” (wiemy – Lemmy go nienawidzi), „Stay Clean”, „I Know How To Die”, „Metropolis”, czy rewelacyjnego killera: „Killed By Death”. Anegdotyczny wymiar przybrała zapowiedz „In The Name Of The Tragedy: „… za cholerę nie pamiętam, z jakiego to albumu!!!” – zagrzmiał frontman, wierzyliśmy mu na słowo, a kawałek pochodził z „Inferno”. W zasadzie – tu nie ma mowy o „słabszych momentach”. Forma zespołu – wyborna. Phil Campbell w gustownym kapeluszu, ciosający gromy z sześciu strun. Lemmy – niczym posąg, tkwiący przy mikrofonie z wysoko podpiętym basem – no i mój prywatny „heroe” – Mickey Dee – jakiż to wyborny perkusista! Fantastyczne solo z popisową żonglerką pałeczkami i armatkami z suchym lodem. Czysty rock.

Usłyszeliśmy jeszcze: „Chase Is Better Than A Catch”, „Over The Top” i na sam koniec „Overkill”. Motorhead pokazali klasę, choć do wyraźnych minusów ich występu należało zbytnie schowanie głosu wokalisty w ostatecznym miksie, głosu człowieka, który wciąż stoi na straży prawdziwego rock’a!

Była dokładnie 20:27, kiedy na estradzie pojawiło się kilkanaście osób obsługi technicznej, która dała prawdziwy popis sprawności działa. Oj, uwijali się panowie jak w ukropie. Z głośników dobiegała muzyka (Ozzy, Black Sabbath, KISS), zaś techniczni dostawiali kolejne segmenty monumentalnej scenografii, w ogromnej części ukrytej za czarnymi płachtami materiału. Niebo zaczęło się powoli ściemniać, z oddali dobiegały dźwięki utworu „Śmierci Śmiech” – to Hunter kończył swój recital na małej scenie, ciągle przybywało ludzi.

Po pobieżnej lustracji okolicy, stwierdziłem iż wokół mnie przebywało mniej - więcej 50 – 60% tylu widzów, co przed rokiem. Biorąc pod uwagę zawyżone ceny, mnogość koncertów w czerwcu 2011 (wiele z nich odwołano: Santanę, Cavalera Conspiracy, P.O.D i inne), tudzież fakt, iż Iron Maiden grali już u nas dwudziesty gig – doszedłem do wniosku, iż Brytyjczycy swoją rzeszę fanów u nas mają i tym razem (jak zawsze) – nie zawiedli ci, dla których Iron Maiden są bohaterami ciężkiego rock’a!

Kiedy z potężnych głośników popłynęły dźwięki klasyka U.F.O: „Doctor, Doctor” – tłum oszalał, większość z kilkudziesięciu tysięcy fanów skandowała: „Maiden!, Maiden!, Maiden!”. Ci, którzy byli już na koncercie „Żelaznej Dziewicy” – wiedzieli, że za kilka minut rozpocznie się spektakl Największego Heavy Metalowego Zespołu Świata. Tak, właśnie spektakl – bo trudno w tym miejscu mówić li tylko o „koncercie rock’owym”.

Z potężną mocą uderzyła w nas „Satellite 15…”, introdukcja znana z ostatniego albumu „The Final Frontier” (2010), kompletnie nietypowa dla twórczości zespołu Harrisa. Na telebimach zainstalowanych na skrzydłach ogromnej estrady, pojawiła się komputerowo wygenerowana „kosmiczna” wizualizacja, w stylu SF, prowadząca nas w najgłębsze zakamarki barwnego kosmosu. Co pewien czas widzieliśmy nawet oblicze „EDDIE’go” z okładki ostatniej płyty, kosmiczne gwiazdozbiory, potężne kratery, pióropusze mgławic i komet – w końcu, pojawiło się oblicze Dickinsona – frontmana zespołu!

Muszę przyznać, że w zestawieniu z industrialnym podkładem dźwiękowym, obrazy pokazane na telebimach – robiły kolosalne wrażenie. W pewnym momencie, kiedy zgromadzoną widownię omiotły czerwone jupitery, z ogromnej rampy w kształcie statku Obcych – rozpoczął się właściwy koncert. „The Final Frontier” – tytułowa kompozycja z ostatniego albumu. Na wielkiej estradzie, przypominającej międzyplanetarną bazę, pojawili się Oni – sześciu zwykłych facetów po 50-tce, których kochają, literalnie, miliony fanów.

Od samego początku było jasne, że ten spektakl to ich wielki popis. Fantastyczne światła, w tle ogromna imitacja gwiaździstego nieba, dwie 10-metrowe rakiety w rogach sceny i Bruce Dickinson. A raczej – „Bruce Wszechmogący”. Kim ten człowiek już nie był (- nie jest): pilot, wokalista, frontman, kompozytor, pisarz, wydawca, dyrektor marketingowy linii lotniczych, laureat dziesiątek prestiżowych nagród, zapalony szermierz, kolekcjoner, intelektualista, reżyser, konferansjer, aktor – naturszczyk, DJ, dziennikarz, orator, laureat Doktoratu Honoris Causa i tylko Bóg jeden wie, kto jeszcze ?!

Ale dla nas – fanów Iron Maiden, to człowiek, który zaśpiewał przed laty na kilku najważniejszych i najlepszych albumach, które ukształtowały współczesne oblicze gatunku. Często daje się słyszeć głosy, iż Iron Maiden już nigdy nie nagrają albumu, który choć w niewielkim stopniu zbliżyłby się poziomem do ich klasyki z lat ’80-tych. Cóż, czas płynie nieubłaganie i nic nie trwa wiecznie. Czy jednak Iron Maiden muszą dziś nagrywać „przełomowe albumy”? Chyba już nie – nawet najnowsza propozycja: „The Final Frontier” (2010), która wzbudziła skrajne emocje, trafiła na szczyty list bestsellerów w 30 krajach świata (!!!), w wielu z nich kryjąc się „Złotem” i „Platyną”.

Z ostatniego CD usłyszeliśmy „Satellite 15… The Final Frontier”, nagrodzone Grammy „El Dorado”, które w wersji koncertowej miażdżyło studyjny pierwowzór, balladowy „Coming Home”, epickie hymny „The Talisman”, czy aspirujący do listy największych osiągnięć Steve’a Harris’a: „When The Wild Wind Blows”. Cóż, jeśli komuś do gustu nie przypadły ich wersje studyjne, w wydaniu koncertowym songi te zyskały nową, znakomitą jakość. Niemała w tym zasługa Dickinsona. Wokalista był w znakomitej formie wokalnej i fizycznej. Sypał anegdotami, niczym z rękawa, opowiadał o Lotnisku Bemowo, „Złotej Płycie” w Polsce za ostatni album, największym polskim show Iron Maiden, w końcu - o wielkiej rodzinie fanów Iron Maiden.

Przed utworem „Blood Brothers” – jak na każdym koncercie trasy, nawiązał do tragicznego kataklizmu w Japonii, Nowej Zelandii, zamieszek w krajach arabskich, terroryzmu, wojen etnicznych, puentując wszystko zdaniem: „Nie ważne, jaki masz kolor skóry, jakie są twoje przekonania, gdzie mieszkasz. Nie ważne, czy jesteś Chrześcijaninem, Muzułmaninem, Buddystą, Jehowym, Izraelitą, czy nawet Wyznawcą Jedi”– co spotkało się z gromkimi brawami widowni, Bruce dodał, że… wszyscy dziś są członkami gigantycznej rodziny Iron Maiden, bez granic”.

Sam koncert – bajeczny. Ruchome rampy sprawiły, iż kilkakrotnie miałem wrażenie obecności nad sceną okrętu „Obcych”, wspaniałe efekty świetlne, kilkanaście razy zmieniały się tła w tyle sceny. W końcu – na tej estradzie, pojawił się mobilny „EDDIE– Alien” – dokładnie taki, jak na ilustracji okładkowej płyty. Obraz z telekamer w jego głowie zagościł nawet na telebimach, przez moment postać ta niemal ożyła, a nawet „zagrała” na „maidenowej gitarze”…

Fantastycznie wypadły ironowe klasyki: „2 Minutes To Midnight”, „The Evil That Men Do”, „Wicker Man”, przyjęty niczym hymn narodowy „Fear Of The Dark”, brawurowo wykonane „The Number Of The Beast” i “The Trooper” – nie można niczego zarzucić literalnie żadnemu z zaprezentowanych utworów. Był Dickinson w mundurze kawalerzysty, ogromny posąg Bafometa na „The Number Of The Beast”, doskonale brzmiący „Dance Of Death” z upiornym EDDIE’m Ripper’em w głębi estrady. Przedstawienie Iron’ów jak zwykle, imponowało rozmachem. W przypadku tego zespołu – to standard.

Jednak prawdziwym opus magnum wieczoru okazała się inwazja EDDIE – Giganta podczas „firmowego hymnu” grupy: „Iron Maiden”. Najpierw na skrzydłach sceny (za podestami) pojawiły się ogromne, zielone paluchy. Po kilku sekundach zza platformy z perkusją McBraina wyłonił się ogromny, niezwykle naturalistyczny łeb olbrzymiej maszkary. Doprawdy, dawno na trasie Iron Maiden nie było tak szkaradnej inkarnacji ich maskotki. Ruchoma głowa monstrualnego fantoma miała kilka dobrych metrów, rozwierała uzębioną paszczę i łypała czerwonymi oczyma (…) Wielki EDDIE kojarzył mi się z bohaterem filmów o Mecha-Godzilli. Wiem, niby kicz, tandeta – ale cieszy!

Do pełni przepychu prezentacji zespołu, zabrakło tylko pirotechniki, której na trasach albumowych Ironi nie stosują od lat. Wszystkich wrażeń nie sposób w tym miejscu opisać, jednak zatrzymam się na moment nad postawą i kondycją muzyków. Oklaskami nagradzano nawet partie solowe gitarzystów (Adrian Smith), rewelacyjną formą wykazał się Steve Harris – leader zespołu, założyciel i twórca ich stylu. Facet ma 55 lat, a kondycję 25-latka, jak on to robi? Czort jeden Go wie (…)

Nad formą Dickinsona nie warto się nawet rozwodzić, głos osłabł mu nieco dopiero na bisach. Ten człowiek chyba nie wie, co to zmęczenie?! Najwyraźniej, Bruce cieszył się koncertem nie mniej niż fani, albowiem energią tryskał, niczym młodzieniec. Szalał Janick Gers – gitarowy – akrobata, który na kilka minut przed koncertem spotkał się z polskimi krewnymi.

Kiedy wybrzmiały ostatnie nuty „Running Free” – po 120 minutach, show gwiazdy „Sonisphere 2011” – dobiegło końca. Wielotysięczna rzesza fanów opuszczała lotnisko. Dwudziesty koncert Iron Maiden w Polsce, największy z dotychczasowych – przechodził właśnie do historii.

Dziś, pozostały po tym wydarzeniu wspomnienia, muszę przyznać, że w przeważającej większości – pozytywne. Medialne raporty (ONET.pl, INTERIA, TVN, TVP 2, Wiadomości 24) donosiły, iż podczas koncertu Iron Maiden, na Bemowie zebrało się ponad 40,000 fanów. Do podobnego wniosku skłaniałem się, taksując wzrokiem zasięg tłumu podczas koncertu. 30 – 40 tys. to docelowy target fanów Maiden w naszym kraju, co czyni ich jednym z najpopularniejszych wykonawców zagranicznych i drugim po Metallice zespołem heavy metalowym, zdolnym przyciągnąć w Polsce kilkadziesiąt tysięcy widzów.

O Ironach mówi się, iż ich koncerty są do bólu przewidywalne. Rzeczywiście, w zasadzie, poza kilkoma wyjątkami, zespół od początku tegorocznej trasy nie zmienił set listy. Jednak każdy, kto mieni się fanem rock’a i metal’u – powinien ich przynajmniej raz w życiu zobaczyć. Generalnie jednak, wszyscy artyści zaprezentowali bardzo wysoki poziom wykonawczy. Cóż, światowe kariery Motorhead, Mastodon czy Volbeat nie mogły być wyłącznie dziełem przypadku.

Zdecydowanym mankamentem imprezy były ceny biletów. Organizator zażądał poważnej kwoty za koncert „Iron Maiden + zaproszeni artyści”, co szumnie nazywano „Sonisphere Festival 2011”. Cóż, wystarczy zapoznać się z ofertą festiwalu w pozostałych krajach Europy, by rozwiały się wszelkie wątpliwości. Koncerty generalnie są drogie – niemniej, w tzw. Europie oferuje się potencjalnym widzom, wspaniały zestaw artystów. W Polsce jednak trzeba zarobić, bez względu na modus operandi mas. Gdyby na Saturn Stage pojawili się jeszcze Slipknot, Dream Theater, Cavalera Conspiracy, czy P.O.D – festiwal prezentowałby się znacznie okazalej (…)

Cóż. Już teraz zapowiada się kolejną odsłonę „Sonisphere 2012” Ciekawe, czy organizator zdecyduje się na kolejną prezentację w Polsce? Tylko, kto tym razem przyciągnie tłumy? Wybór jest niewielki, może znów Metallica (?), Red Hot Chili Peppers (?). Przekonamy się w przyszłym roku…

Rafał Dłużyński

SET LISTY SONISPHERE 2011:

CORRUPTION

1. Hell Yeah!
2. Candy Lee
3. Addicts, Lovers and Bullshitters
4. Devileiro
5. 99% Of Evil
6. Lucy Fair

DEVIN TOWNSEND PROJECT

1. Supercrush!
2. Kingdom (Devin Townsend song)
3. Juular
4. Truth (Devin Townsend song)
5. By Your Command (Devin Townsend song)

KILLING JOKE

1. Requiem
2. This World Hell
3. The Great Cull
4. Asteroid
5. The Wait
6. Pssyche

MASTODON

1. Iron Tusk
2. March of the Fire Ants
3. Where Strides the Behemoth
4. Mother Puncher
5. Circle of Cysquatch
6. Aqua Dementia
7. Crack The Skye
8. The Wolf Is Loose
9. Crystal Skull
10. I Am Ahab
11. Bladecatcher
12. Colony of Birchmen
13. Megalodon
14. Blood and Thunder


VOLBEAT
1. The Human Instrument
2. Guitar Gangsters & Cadillac Blood
3. Sad Man's Tongue
4. Radio Girl
5. The Mirror and the Ripper
6. Hallelujah Goat
7. Fallen
8. I Only Want to Be with You (Dusty Springfield cover)
9. Pool of Booze, Booze, Booza (+ending with Slayer's Raining Blood)
10. Slayer Meddley
11. Iron Maiden The Trooper - Cut

MOTORHEAD

1. Iron Fist
2. Stay Clean
3. Get Back In Line
4. Metropolis
5. Over the Top
6. One Night Stand
7. The Chase Is Better Than the Catch
8. In the Name of Tragedy (with Drum Solo)
9. I Know How to Die
10. Going to Brazil
11. Killed by Death
12. Ace of Spades
13. Overkill

IRON MAIDEN
Intro: Doctor Doctor -UFO song-
1. Satellite 15... The Final Frontier
2. El Dorado
3. 2 Minutes to Midnight
4. The Talisman
5. Coming Home
6. Dance of Death
7. The Trooper
8. The Wicker Man
9. Blood Brothers
10. When the Wild Wind Blows
11. The Evil That Men Do
12. Fear of the Dark
13. Iron Maiden
14. The Number of the Beast
15. Hallowed Be Thy Name
16. Running Free
17. Always Look on the Bright Side of Life -Monty Pythona song

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
**SILENT STREAM OF GODLESS ELEGY**
- Smutnice


**RIGOR SARDONICOUS**
- Ridenti Mortuus


**AUTHORITY**
- Acantha


**SNAKEYES**
- Metal Monster


**DEFIANT**
- Insurrection Icon


**MASTER
- Vindictive Miscreant

**DE PROFUNDIS
- The Blinding Light Of Faith

**COMATOSE VIGIL A.K.
- Evangelium Nihil

**DEPRAVITY
- Evil Upheaval

**BLAZON STONE
- Down in the Dark

**NECRO
- No Mercy For Motherfuckers

**ORDER OV RIVEN CATHEDRALS
- Gobekli Tapes

**PRO-CREATION
- Noli me tangere

**SHADOWKEEP
- ShadowKeep

**RAPHEUMETS WELL
- Enders Door

**C4
- Next Issue Of The Rotten World

**DEMONIC OBEDIENCE
- Fatalistic Uprisal Of Abhorrent Creation

**NECRO
- Toothless Zombie

**CRAWL
- Rituals

**DENOUNCEMENT PYRE
- Black Sun Unbound

**AUTARCIE
- Sequania


więcej recenzji
**** INTERNAL QUIET ****


***** THUNDERWAR *****


****** JITTERFLOW ******


******* WAR-SAW *******


*** DORMANT DISSIDENT **


*** MARTYRDOOM
*** GRIN
*** WATCH OUT STAMPEDE
*** CLOSTERKELLER
*** AMORPHIS
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
***Michael Schenker Fest
- Turbinenhalle/ Oberhausen


***Summer Dying Loud 2018
- Aleksandrów Łódzki


***GOMOR
+ Penerra
- New York/ Łódź


***DIAMOND HEAD
+ Blinding Sparks
+ Internal Quiet
- Hydrozagadka/ Warszawa


***POWERWOLF
+ Amaranthe
+ Kissin' Dynamite
- Progresja/ Warszawa


*** PRIMAL FEAR
+ RIOT V
+ Existance
- Nova Chmelnice/ Praga

*** VADER
+ MARDUK
+ Arkona
+ Insidius
- Progresja/ Warszawa

*** Uwolnić Muzykę VII
- Środa Śląska

*** Headbangers Open Air 2018
- Brande-Hörnerkirchen/ Niemcy

*** IRON MAIDEN
+ Killswitch Engage
- Waldbühne/ Berlin

*** Rock&Rose Fest 2018
+ Exumer
+ Decapitated
+ Wolf Spider
+ Alastor
- Leash Eye
- Totem
- Kutno

*** MARDUK
+ Infernal War
+ Arkona
- U Bazyla/ Poznań

*** SEPULTURA
+ Obscura
+ Goatwhore
+ Fit For An Autopsy
- Proxima/ Warszawa

*** FURIA
+ Thaw
+ Sacrilegium
+ Licho
- Progresja/ Warszawa

*** NEUOBERSCHLESIEN
+ Transgresja
- Proxima/ Warszawa

*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

*** W.A.S.P.
+ GATE Crasher
- Sportovni Hala/ Hluk

*** ICED EARTH
+ Freedom Call
+ Metaprism
- Festsaal/ Berlin

więcej relacji
*** Będziesz smażyć się w piekle


*** Hammer Of The Gods


*** Motorhead w studio


*** Hellbent For Cooking. The Heavy Metal Cookbook

*** Biografia Led Zeppelin. Kidy giganci chodzili po Ziemi


więcej recenzji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  31,214,038 unikalne wizyty  Top Top