AGENCJA METAL MUNDUS











Nawigacja
Artykuły » Recenzje - H » HAKEN - Aquarius (2010 Sensory)
HAKEN - Aquarius (2010 Sensory)
01. The Point Of No Return
02. Streams
03. Aquarium
04. Eternal Rain
05. Drowning In The Flood
06. Sun
07. Celestial Elixir



Skład:
Richard Henshall (gitara, klawisze)
Diego Tejeida (klawisze)
Thomas MacLean (bas)
Charles Griffiths (gitara)
Ross Jennings (wokal)
Raymond Hearne (perkusja, tuba, djembe)

Goście:
Marged Hall (harfa)
Dave Ruff (flet)
Pablo Inda Garcia (klarnet)
Jon Roskilly (puzon)
Craig Beattie (puzon)
Darren Moore (trąbka)
Alex Benwell (trąbka)



Istny tygiel dźwięków autorstwa londyńskiej kapeli HAKEN, dla której „Aquarius” to praktycznie debiut fonograficzny, gdyż pierwsze wydawnictwo ukazało się własnym sumptem, przeszło „obok uszu” słuchaczy nie pozostawiając żadnych istotnych śladów. Ten zaś album wymaga stałej koncentracji, ale nie z racji tego, że jest tak skomplikowany konstrukcyjnie, lecz z zupełnie innego powodu, mianowicie w ramach każdej kompozycji zawiera tyle różnych wątków, zmian rytmicznych, że można przy nieuwadze zupełnie się pogubić. Nadmienić jednak należy, że słuchanie tych prawie 73 minut muzyki to przyjemność, a multum dźwiękowych bodźców emitowanych z jego ścieżek robi na odbiorcy niesamowite wrażenie. Łatwo zauważyć, że poszczególne części są potężnie rozciągnięte w czasie, a fakt powyższy wynika z obfitości pomysłów, prezentowanych z nieskrępowanym luzem, profesjonalnie technicznie. Muzycy zadbali o najmniejsze szczególiki, które zazębiając się tworzą łącznie bardzo spójną konstrukcję.

Każdy fan spotka liczne, wspaniałe, urzekające melodie, multum przełomów rytmicznych, liczne partie solowe, urozmaicenie brzmienia, potężnie zaaranżowane tematy orkiestrowe, fragmenty, w których rockowe ciosy rywalizują z akustyczną delikatnością. Doprawdy ocean dźwięków, niesamowity klimat, momenty bombastyczne, podniosłe, gdy w zmysły słuchacza uderza kompensacja mocy rockowego instrumentarium, symfonicznego „zadęcia”, epickich chórów, nowoczesne partie instrumentalne mieszają się z tradycyjnymi organami, a w niektórych miejscach znaleziono dosyć przestrzeni na tak nietypowe dla rockowego przekazu instrumenty, jak puzon, klarnet, harfa. Podwójny zestaw klawiszowy przewala się w niektórych aktach jak potężna lawina dźwięku, gitary rozpędzone, są nie do zatrzymania, sekcja dokłada swoje „trzy grosze”, przypominając wybuchy petard.

Osobna uwaga należy się wokalowi Rossa Jenningsa. Gościu uwija się jak w ukropie, nadając swoim partiom różne oblicza, od balladowych, lirycznych szeptanek terapeuty- kochanka, przez twarde partie „złego” typa spod „ciemnej gwiazdy”, aż do growlującego, mruczącego brutala. Do tego dodać należy wszystkie rozwiązania chóralne, które miejscami brzmią jak zaśpiewy gregoriańskie. Kompletny miszmasz, umieszczony w strukturze jednej kompozycji nie kłóci się z zwartością całej materii, z jej harmonią i prog metalowym „wykopem”. Napisałem „prog metalowym”, ponieważ na półce z takim napisem znaleźć można krążek „Aquarius”, ale do tej próby definicji można mieć mnóstwo zastrzeżeń i należy podejść z dystansem, gdyż nietrudno odkryć wiele innych wpływów, od jazzu począwszy, przez hard rock, balladę, power-pop, muzykę symfoniczną, a skończywszy na muzyce jarmarcznej i cyrkowej. Poważnie! Niektóre wstawki brzmią jak „żywcem” wyjęte z cyrkowego namiotu, pełniąc rolę łącznika między zaprojektowanymi precyzyjnie tematami czysto rockowymi z dziedziny progresji. Aż mnie kusi, aby napisać o stylu jeszcze jedno zdanie. Po kątach niektórych songów poruszają się jak „szara eminencja” drobiny kurzu przepędzone z przepastnych szuflad death i doom metalu. Łatwo się domyślić, że dzieje się tak głównie wtedy, gdy Jennings postanawia uprawiać swoje ponure „growl- mruczando”.

Sądzę, że niektórzy czytelnicy mogą posądzić mnie o stan, zwany „rozdwojeniem jaźni”, ponieważ wydaje się nieprawdopodobne, że tak wiele składników egzystuje na jednym albumie w zgodzie i harmonii. Ale to szczera prawda! Wystarczy „otworzyć” krążek kluczem z numerem jeden „The Point Of No Return”, który zmiennością faktury stanowi reprezentatywne przedstawienie zalet publikacji. Wstęp jest dramatyczny, podniosły, symfoniczny, trwający kilkanaście sekund, przeistacza się w 10-sekundowy motyw jarmarczno - katarynkowy, przypominający trochę atmosferę targowiska przed Świętami Bożego Narodzenia. Następnie ostry nawrót do klimatu potężnej symfonii, z którego wyłania się przepiękny odcinek melodyczny, prowadzony przez gitary half-unplugged i pastelowe pejzaże klawiszy. Po zaledwie minucie następuje eskalacja dynamiki, a tony przybierają maskę, z której odczytać można groźbę, tajemniczość, mroczność. Na granicy 1:30 „napoczęty” wątek zostaje wyciszony, a na scenie pozostaje tylko delikatny fortepian. Przy jego akompaniamencie rozpoczyna swoją śliczną opowieść wokal. W tle keyboardowe smugi, subtelne, o orkiestrowym wizerunku, do których „dobija” spokojny riff gitary. Niezwykle urodziwy to krajobraz, z mnóstwem drobiazgów, stanowiących jego wyrafinowaną ozdobę. Klawiszowo generowane chóry dodają kompozycji niesamowitej powagi, szlachetności, a klimat wkracza do strefy wzniosłego, uroczystego hymnu. Mróweczki zaczynają marsz po plecach. Jesteśmy zaledwie przed 5 minutą, gdy nagle do akcji wkracza horrorowaty growl, wprowadzając w odbiorze akcent irracjonalnego zagrożenia. Jennings zamienił chyba ludzką powłokę na krwawego wampira. Oczywiście instrumentalnie utwór „poszedł” w tym samym kierunku, poprzez wzmocnienie uderzeń sekcji, szczególnie bębnów, oraz zaostrzenie brzmienia gitar. Taki stan utrzymuje się zaledwie 25 sekund, wracając po tym epizodzie z death metalu z klawiszami na tory progresywnego metalu z magiczną wstawką gitary z towarzyszącym jej fortepianem. W dalszym ciągu tej symfonii dosłownie „kotłuje” się takie multum pierwiastków muzycznych z dodatkową partią fortepianu o jazzowej genezie, że wydaje się nieprawdopodobne, że możliwe jest sprawowanie kontroli nad rozwojem wypadków. A jednak brytyjski sekstet nie ma z tym najmniejszego kłopotu przekraczając płynnie niezliczone obszary różnych stylów, raz eksponując drapieżne, brutalne gitary, innym razem melodyjny wokal, by za chwilę w pierwszoplanowej roli „obsadzić” urozmaicone klawiatury. Przez utwór przewalają się kolejne fale sztormowe, ”pchane” wyrazistymi partiami instrumentalnymi rodem z progresji, prog metalu, death metalu, muzyki cyrkowej, kabaretu i zwykłego przebojowego popu. Finał i czapki z głów! Rozmach, czyste piękno, zróżnicowane brzmienie, zmienna struktura rytmiczna. Co ciekawe, mimo natłoku elementów sztuki rockowej, ciągle wprowadzanych załamań rytmu, symetria tego dzieła, jego spójność w żaden sposób nie zostają zakłócone, a słuchacz po wysłuchaniu tych ponad 11 minut nie odczuwa w ogóle przesytu, bądź wrażenia przerostu formy nad treścią.

Rockmani z Haken zachowują się nie jak stremowani debiutanci, lecz kreują swoje wizje w stylu rockowych rutyniarzy. Naprawdę warto posłuchać! Taka obszerna analiza ma na celu uzmysłowić czytelnikom, że nie tylko ten song, lecz także pozostałe części albumu zaliczyć można do grona najlepszych osiągnięć muzyki rockowej minionego roku. Pomysł na umieszczenie tak wielu stylistycznie różnych tematów wydaje się ryzykowny, ale w tym przypadku należy stwierdzić, że zadanie zostało wykonane po mistrzowsku. „Streams” zachwyca podobną wielobarwnością, całym wachlarzem urzekających idei kompozycyjnych, instrumentalnego przepychu, oraz śmiałym prowadzaniem kontrastów w brzmieniu oraz zakresie rytmu. Z lekkością baletnicy rolami wiodących instrumentów wymieniają się fortepian, gitary, orkiestrowe pasaże, melodyjne wokale i growle, organy kościelne, a klimat wypełniający przestrzeń przechodzi wiele przeobrażeń, niekiedy dających zaskakujące efekty. Następujące po sobie rockowe rozdziały tego ponad 72-minutowego dzieła prezentują mnóstwo zalet bardzo szeroko rozumianego rocka progresywnego z wieloma odniesieniami do innych stylistyk, w których muzycy czują się równie dobrze. Te księgę dźwięków zamyka sążnista powieść „ubrana” w formę suity, „Celestial Elixir”, stanowiąca w prawie 17 minutowej pigułce przegląd patentów opracow2anych przez „magików” z Haken. Potężne uderzenia klawiszowo- orkiestrowego huraganu, gwałtowne przyspieszenia rytmu, gdy na czele „peletonu” pojawia się wojownicza gitara, na przykład na granicy 10 minuty tej kompozycji. Nie wolno zapomnieć w tym spektaklu o umiejętnym wdrażaniu na pięciolinie nutek autorstwa tak nietypowych uczestników, jak klarnet, puzon czy harfa. Przy nieuważnym słuchaniu łatwo je przeoczyć i tę ostatnią uwagę potraktować należy w kategoriach wskazówki.

„Aquarius” grupy Haken stanowi diabelnie trudny materiał, który na pewno nie przeobrazi odbiorcę w wesołka raźnie nucącego sobie, wpadające w ucho piosenki. Przeciwnie ta muza aktywizuje receptory, od których wymaga inteligencji i sił w zmaganiach z wszechstronnością, rozmaitością i niuansami albumu. Co rusz nowi przybysze z Wysp odpalają dźwiękowe race, by zadziwić, oszołomić, wprawić w trans i estetyczny szał, wyciszyć i pobudzić emocje jak na wariackiej karuzeli, skłonić do refleksji, współdziałać z autorami w przemierzaniu szlaków tej ekscytującej eskapady w prawdziwą dżunglę dźwięków. Jedynie trochę smutno, że ten artystyczny produkt spotka los podobnych „Bliżej nieznanych” lub „Z czasem zaginionych” i utkwi w szczelnie zamkniętej niszy. Skąd to zwątpienie? To proszę mi wskazać chętnych do prezentacji. Gdzie w radiu lub innym publicznym medium znajdzie się informacja, że oto narodził się nowy band, mający do zaoferowania całą paletę tonów, które nie mają wiele wspólnego z przebojowym kiczem? Kto zaryzykuje prezentację kilkunastominutowego kawałka o tak połamanej linii melodycznej, o nieprzewidywalnym rytmie. Brutalna, polska rzeczywistość brzmi jak wyrok. Ale może jest jeszcze szczypta nadziei? A może to Wy wystąpicie w roli posłańców upowszechniających wieść, że warto poświęcić czas i zmierzyć się z wyzwaniem, stanowiącym owoc talentu ekipy Haken?

9/10
Włodek K.


HAKEN @ FACEBOOK

Recenzja ukazała się 29.04.2011
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

więcej relacji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  34,593,827 unikalne wizyty  Top Top