AGENCJA METAL MUNDUS


METAL UP!

= 20.08.2017

PROG IN PARK

- OPETH
- RIVERSIDE
- SOLSTAFIR
- BLINDEAD
- LION SHEPHERD

+ Warszawa / Park Sowińskiego



= 26.08.2017

QUALITY HARD ROCK I: SUMMER EDITION

- LADY STRANGE
- OCTOPUS RIDE
- AQUILLA

+ Warszawa / VooDoo Club

= 30.08.2017

- RISIN SABOTAGE
- WEIRD TALES

+ Warszawa / Chmury




= 09.09.2017

BESTIAL LACERATION III

- 13TH MOON
- DEUS MORTEM
- TEMPLE DESECRATION

+ Chorzów / Red & Black





= 11.09.2017

- WINTERSUN

+ Warszawa / Progresja





= 15.09.2017

- THE SISTERS OF MERCY

+ Warszawa / Progresja





= 20.09.2017

- WINTERSUN

+ Kraków / Kwadrat





= 23.09.2017

- SULLY ERNA (VOICE OF GODSMACK)

+ Wrocław / A2





= 23.09.2017

- CHRIST AGONY
- TRAUMA
- EPITOME
- TERRORDOME
- FAM

+ Bielsko-Biała / RudeBoy Club





= 24.09.2017

- SULLY ERNA (VOICE OF GODSMACK)

+ Łódź / Wytwórnia





= 26.09.2017

- ARCH ENEMY
- JINJER

+ Warszawa / Progresja







= 27.09.2017

- HORNA
- SHAARIMOTH
- THY DARKENED SHADE

+ Warszawa / VooDoo



= 28.09.2017

- HORNA
- SHAARIMOTH
- THY DARKENED SHADE

+ Bielsko-Biała / RudeBoy Club



= 06.10.2017

- UNSANE
- MOAFT

+ Warszawa / Hydrozagadka





= 07.10.2017

GOTTA GO FESTIVAL

- HOPES
- BULBULATORS
- AFTER LAUGHTER
- HARD WORK
- TERRORDOME
- CASTET
- BLACK PALATE

+ Cieszyn / Panopticum





= 07.10.2017

- UNSANE

+ Wrocław / Carpe Diem




























































Nawigacja
Artykuły » Relacje - 2017 » 2017.07.27-29 - Headbangers Open Air
2017.07.27-29 - Headbangers Open Air


Ponieważ wciąż jeszcze jestem nuworyszem w kwestiach obecności na festiwalach heavy metalowych, dlatego nie dosięgła mnie jeszcze nuda, nie popadłem jeszcze w rutynę i dlatego cieszyłem się na wyjazd na tegoroczny festiwal Headbangers Open Air jak dzieciak. Pamiętałem, jak dobrze się czułem w tamtym miejscu w ubiegłym roku, jak wiele radości sprawił mi bezpośredni kontakt z muzykami, jak bardzo odpowiadała panująca na HOA atmosfera. Nie bez znaczenia był również zestaw wykonawców, których mogłem obejrzeć na scenie, ale też możliwość późniejszego pogadania z muzykami. Jedyne, czego się trochę obawiałem, to pogoda, bo straszono mnie, że deszcze lubi w Brande popadać, a w tym roku przyszło nam spędzić noce na polu namiotowym. Po wielu latach niespania w namiocie, to też było przecież „wydarzenie”.

Czwartek – 27.07.2017

Wyjechaliśmy z Robem z Gorzowa ciut po 08:00, licząc na to, że niemieckie drogi poprowadzą nas bez żadnych problemów za Hamburg (czyli jakieś 400 km) szybko i sprawnie. Niestety najpierw pojawił się objazd aż do Fuerstenwalde, a potem trafiliśmy na przeogromny korek spowodowany… malowaniem pasów na autostradzie. Byłem zawsze pewien, że na takie pomysły wpada się tylko w Polsce, ale niemieccy drogowcy pokazali, że też potrafią. A przecież to trasa wylotowa w kierunku Danii, więc wracających z pobytu na południu Europy przedstawicieli państw skandynawskich jechało nią bez liku. Zamiast na 14:00, dojechaliśmy tuż przed 16:00, mogliśmy zatem tylko rozłożyć namiot (jak to dobrze, że obecne namioty rozkładają się właściwie same), pobraliśmy akredytacje i prawie biegiem udaliśmy się pod scenę, by posłuchać otwierającego cały festiwal zespołu ROHBAU. To grupa na dobrą sprawę nieznana w Polsce, a myślę też, że w samych Niemczech też raczej nie robi furory. Zespół powstał w 1995 roku w nieodległym Hamburgu, dorobił się dwóch albumów i gra klasyczny, raczej siermiężny niemiecki heavy/thrash metal. Muzyka Rohbau, całkiem poprawnie zagrana, być może nie porusza serc, ale już z tej racji, że zespół rozpoczynał festiwal, a pogoda dopisała (lekkie zachmurzenie, ale ciepło) nastroiła spragnionych metalu fanów do całkiem licznej obecności pod sceną. Dla mnie Rohbau to była całkowita nowość (jeśli chodzi o nazwę), ale za to pełna klasyka gatunku (jeśli chodzi o muzykę). Na początek w sam raz.

Potem na scenie zainstalowała się kolejna niemiecka grupa – BÄD INFLUENCE. To kolejny przedstawiciel lokalnej sceny metalowej, powołany do zycia w 1992 roku, a kierowany mocna ręką przez gitarzystkę Julię, którą wspiera przyodziany w horrorowaty strój i odpowiednie malunki na twarzy wokalista Mark. Zespół zagrał całkiem ciekawy, ostry heavy metal, przy czym podstawowe instrumentarium zostało wsparte przez didgeridoo – instrument Aborygenów, który nadawało muzyce Bäd Influence dodatkowego smaczku. Koncert wypadł bardzo dobrze, teraz wypadałoby zatem zapoznać się z dorobkiem zespołu już na spokojnie i w domowych pieleszach.

Pierwszą tego dnia grupą, na którą czekałem, i na którą bardzo liczyłem był kolejny niemiecki band BLACK HAWK. Zespół powstał w 1981 roku, ale jak na tyle lat działania (oczywiście po drodze zaliczył parę lat przerwy) ma na koncie tylko pięć płyt, które osobiście bardzo lubię. Pamiętam, że jako pierwsza wpadła w moje ręce płyta „Dragonride”, która bardzo mi się podobała, zacząłem więc potem wyszukiwać kolejnych płyt zespołu. I grupa muzycznie mnie nie zawiodła, grany przez nich klasyczny heavy metal bardzo dobrze sprawdzał się na żywo, wokalista formacji Udo Bethke okazała się dobrym frontmanem, udowodnił, że potrafi zaśpiewać z wielka klasą. Jedyny minus tego koncertu to jego nadmierna statyczność. Spodziewałem się, że starzy wyjadacze skoszą nas z nóg, a tymczasem zagrali za spokojnie, za grzecznie. Tym niemniej, mnie się bardzo podobało (łącznie z żywiołowo zagranym coverem „Detroit Rock City” zespołu Kiss).

Jarvis Leatherby to żywioł. Facet tworzy muzykę, nagrywa, jeździ po całym świecie, kieruje swoim zespołem, czyli NIGHT DEMON, miał bardzo poważny udział w odrodzeniu Cirith Ungol, któremu menedżeruje i w którym gra rolę basisty, wreszcie stoi za mikrofonem w zespole Jaguar. Jest po prostu niesamowity. Ja miałem okazję widzieć go już w tym roku na Keep Ii True, zatem dobrze wiedziałem, czego się spodziewać. I było dokładnie tak, jak miało być. Night Demon to sceniczny żywioł, to prawdziwe metalowe szaleństwo. Jest w muzyce i zachowaniu zespołu taka ilość energii, jaką chciałoby się widzieć w przypadku wszystkich zespołów metalowych. I chociaż płyty zespołu nie powalają mnie na kolana, to ich sceniczne emploi bardzo mi odpowiada.

Równie dobry sceniczny popis dali panowie z niemieckiego zespołu PARAGON. Grupa to dobrze znana (założona w 1990 roku też w Hamburgu!), solidnie ograna (przez wszystkie lata działalności stworzyli aż jedenaście bardzo solidnych płyt), dlatego nie mogła wypaść blado. To, że są na scenie od wielu lat nie wpłynęło bynajmniej na ich sceniczną kondycję. Bo panowie zachowali niesamowitą żywiołowość, a odniosłem też wrażenie, że na żywo wypadają nawet lepiej niż na albumach. W notatkach, jakie sobie robiłem natychmiast po koncercie każdego zespołu, w tym akurat przypadku napisałem tylko jedno słowo: „super”. Bo tak po prostu było! Heavy/speed/ thrash metal wylewał się z głośników z należną mu mocą sprawiając masę radości zgromadzonym pod sceną fanom.

Teraz muszę wspomnieć o jednej sprawie. Bardzo mnie zdziwił układ czwartkowej listy (zresztą nie tylko czwartkowej), albowiem tuż przed headlinerem, na scenie zameldował się zespół o jednym z najkrótszych staży (powstał zaledwie w 2001 roku) – grecki SUICIDAL ANGELS. Grupa działa zaledwie od szesnastu lat, ale na koncie ma już sześć albumów, a do tego robi dokładnie to samo, co wspomniany wyżej Night Demon – pojawia się wszędzie, gdzie się da. I to – jak widać – procentuje. Zespół jest dobrze znany w całej Europie, ale też i w Polsce, wszak całkiem niedawno gościli w Warszawie. Suicidal Angels to znakomity thrash, to nieokiełznana młodość, to radocha z grania. To niesamowita moc, która była wstanie poruszyć festiwalową publikę do całkiem sprawnego mosh pita. Przyznaję, że byłem pod wrażeniem i zrozumiałem decyzję organizatorów, dotyczącą umieszczenia zespołu na tak wysokim miejscu na liście.

I wreszcie przyszła pora na mistrza tego wieczoru, czyli duński band PRETTY MAIDS. Zespół to szczególny, albowiem od samego początku swojej scenicznej kariery (1981 rok!) łączy w swojej muzyce bardzo różne gatunki muzyczne, od hard rocka (a momentami wręcz AORa) do solidnego heavy metalu. Myślę, że koncert kapeli nie powinien nikogo rozczarować, bo dostaliśmy profesjonalnie wykonany przekrój twórczości zespołu, było delikatnie i pościelowo, było trochę muzyki (nie tylko zresztą muzyki, bo wyglądu też) w stylu amerykańskich kapel i wreszcie było tak po europejsku ostro, jak ostro potrafi Pretty Maids zagrać. Oczywiście wszyscy dopominali się utworu najważniejszego, czyli „Back To Back”, który poleciał na zakończenie koncertu podstawowego. Na bis zaś zapodali jeszcze „Future World”. Zatem końcówka już w stu procentach była heavy metalowa. Podczas występu zespołu pojawiły się niestety pewne problemy techniczne, muzycy mieli problemy z odsłuchami, sporo też sprzęgało, a to bardzo wyraźnie wpływało no kondycję psychiczną wokalisty grupy. Na szczęście nerwy nie przełożyły się na złą kondycję wokalną i Ronnie Atkins stanął w pełni na wysokości zadania. Aczkolwiek swoją złość wyraźnie eksponował jeszcze po zakończonym koncercie. Dla nas jednak – fanów, nawet jeśli nie wszystko było perfekcyjnie, to już samo spotkanie z muzyką Duńczyków było wielkim przeżyciem.

Piątek – 28.007.2017

Piątek przywitał nas słońcem. Jak wspomniałem, już dawno nie spałem w namiocie, więc z wielką radością, po otwarciu namiotu, napawałem się promieniami słonecznymi i lekkimi powiewami wiatru. To poranek, który takim ludziom, jak ja - mieszkającym w blokowiskach zdarza się bardzo rzadko. Dzień zapowiadał się zatem cudownie. Niestety ta cudowność trwała bardzo krótko, albowiem w okolicach południa przyszły chmury, zaczął padać deszczyk, potem deszcz, a potem… a potem zrobił się po prostu potop. Dotarcie pod scenę, do stoisk, czy kranów z bieżącą wodą stało się niezwykle trudne, a poza tym (w przypadku tego ostatniego) zupełnie bez sensu, bo dojście pod kran było jednoznaczne z taplaniem się w błocie po kostki. Umycie się nic nie dawało, bo przecież trzeba było wrócić tą samą drogą… Na szczęście pogoda nie wpłynęła na muzykę, nie wpłynęła na nastroje muzyków, a nawet wśród zebranej publiki nie dało się zauważyć jakiegoś większego poruszenia.

Równo w południe na scenie zameldowali się młodzieńcy z fińskiego SATAN’S FALL. To prawie debiutanci, bo zespół powstał w 2015 roku i dorobił się zaledwie jednego mini albumu. Zresztą już po jego wydaniu doszło do zmian personalnych w grupie, w tym na stanowisku wokalisty. Jak to w przypadku takich kapel bywa, braki techniczne nadrabiali młodzieńczą energią, dając naprawdę bardzo dobry koncert, który z powodzeniem rozgrzał festiwalową publiczność i przygotował ją do dalszej obecności pod sceną. Zespół gra klasyczny heavy metal, nowy wokalista Miika Kokko potrafi zapanować nad publicznością, zatem jest szansa, że zespół pokaże nam jeszcze coś dobrego. Ja trzymam za sympatycznych Finów kciuki.

Gdy młodzież zeszła ze sceny, pojawił się na niej jeden z weteranów niemieckiej sceny thrash metalowej, grupa WARRANT. Z jej oryginalnego składu ostał się tylko basista i wokalista w jednym, czyli Joerg Jurashek, którego dzielnie wspomagali zdecydowanie młodsi stażem gitarzysta i perkusista. Zespół w latach 80. wydał tylko jeden pełen album i EPkę i zakończył działalność. Do życia powrócił dopiero na początku XXI wieku. Muzyka Warrant to dość ciężki, solidny, ale też ciut jednostajny heavy/thrash metal, którego całkiem dobrze się słucha. Koncert to nie tylko muzyka i muzyce, ale też rodzaj scenicznego spektaklu, albowiem na scenie pojawił się człowiek z wielkim toporem (pozdrowienia dla rodaka!) i zakonnica, która zmieniła się w lekko wyuzdaną kobietę… Może nie są to elementy nowe i oryginalne, ale na pewno ważne w celu uatrakcyjnienia koncertu.

Po przedstawicielu sceny niemieckiej, przyszła kolej na przedstawiciela amerykańskiej sceny metalowej i to w najlepszym wydaniu. Na scenę bowiem wkroczyła epika Mike’a Sabatiniego, czyli ATTACKER. To jeden z zespołów (przypomnę, że powstał w 1984 roku), na który czekałem z utęsknieniem, bo lubię go wielce, a nie miałem jeszcze okazji, by zobaczyć go na żywo. Ostatnie krążki grupy na okrągło kręcą się w moim odtwarzaczu, zatem przyszła najwyższa pora, by sprawdzić, jak zespół prezentuje się na scenie. A prezentuje się znakomicie. Jest w chłopakach taki niesamowity żywioł, jest widoczna chęć do grania, radość z grania, nie ma napuszenia, a tylko wciąż uśmiechnięte twarze. I ta atmosfera przeniosła się na publiczność. Ostre riffy i solówki gitarzystów, mocna sekcja i niesamowity Bobby Lucas to coś, czego nam było trzeba. Zespół przygotował ciekawą setlistę, prezentując trochę starszych, trochę nowych numerów. I wszystkie wyszły znakomicie.

Ledwie jedna amerykańska grupa wbiła nas w ziemię, już druga zainstalowała się na scenie i… po prostu bas dobiła. BLOOD FEAST znałem właściwie tylko z nazwy, wiedziałem, że w latach osiemdziesiątych zespół nagrał dwa duże krążki, że wrócił do życia w latach dwutysięcznych, że w zespole gra już tylko jeden członek oryginalnego składu, widziałem na YT, jak grają, ale to wszystko tak naprawdę było nic. To, jak prezentuje się Blood Feast miałem przekonać się na HOA. I przekonałem się do zespołu w stu procentach. Niesamowita rąbanka (ale z głową), jaką zapodali panowie z BF przekroczyła moje wyobrażenia o tym zespole. Bo takiej energii, żywiołowości, takiej masy cudownych thrash metalowych dźwięków jednak się nie spodziewałem. I co ciekawe, nawałnica rozpoczęta wraz z pierwszymi dźwiękami, trwała do samiutkiego końca. Jestem pewien, że nie jeden fan zdębiał, jak zobaczył tych – nie da się ukryć – starszych już panów, jak zasuwali po scenie, jak wywalali z siebie przepotężne pokłady energii. Ja byłem w szoku. Stałem się natychmiastowym fanem poczynań zespołu, zwłaszcza, że okazali się niezwykle przyjaznymi ludźmi, a do tego prawdziwymi fanami metalu, bo nie tylko dobrze bawili się na scenie, ale też podczas koncertów innych zespołów. Klasa!

Z kolejnym zespołem, który zainstalował się na scenie, zetknąłem się już w czasach, gdy wydali swój pierwszy krążek. STORMWARRIOR uprawia muzykę w stylu wielkego Running Wild, a ponieważ na RW się wychowałem, zatem mam do tej muzyki wielki sentyment. Oczywiście można narzekać, że to, co uprawia Stormwarrior to już tylko „odgrzewany kotlet”, ale mnie się ta muzyka naprawdę podoba, a już zwłaszcza na żywo, bo wtedy rzeczywiście dostaje wiatru w pirackie żagle. Byłem bardzo ciekaw, w jakiej kondycji będzie Lars i spółka po odejściu w tym roku jego wieloletniego basisty Yenza. Ale zespół sobie w pełni poradził, i chociaż nie tryskał nadmierną energią, to jednak samą muzyką był w stanie poruszyć publiczność.

Po niemieckiej kapeli, na scenie znalazł się zespół zdecydowanie mniej znany w Europie, chociaż działający od wielu lat (początki sięgają lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku), przy czym stary skład reprezentowało tylko dwóch muzyków. GOTHIC KNIGHTS prezentuje klasyczną odmianę heavy/ US power metalu, dlatego wszyscy miłośnicy klasyki mogli nacieszyć swoje uszy. Mnie się występ Amerykanów podobał, chociaż muszę też przyznać, że w pewnym momencie zacząłem się wyłączać. Być może powodem było zmęczenie, być może… pewna zbyt wyraźna jednostajność granego materiału. Nie mogę natomiast nic zarzucić prezencji scenicznej, bowiem – jak to w przypadku amerykańskich zespołów bywa – grupa przybrała sceniczne stroje, a i pod względem zachowania na scenie było całkiem dobrze.

Za to kolejni na liście, tym razem goście z nieodległej Holandii (czterech oryginalnych muzyków w składzie!) poruszyli me serce do silniejszego bicia. PICTURE lubię od lat, dlatego cieszyłem się bardzo na ich występ. Miałem nadzieję, że lata nie wpłyną na ich kondycję i zaprezentują się na tyle dobrze, by ten koncert został na zawsze w mej pamięci. I dokładnie tak było. Wiek w żaden sposób (oczywiście poza wyglądem, ale to oczywiste), nie odcisnął wyraźnego piętna na kondycji grupy. Bo zespół zagrał rewelacyjny, energetyczny, porywający koncert. Ani na moment nie zwolnił tempa prezentując wybór ze swojej bogatej twórczości, radując uszy niezwykłymi riffami, cała masą melodii, świetnymi solówkami. Dla mnie rewelacja!

A to bynajmniej nie był koniec wielkich wydarzeń tego wieczoru. Albowiem następny koncert był dla mnie największą rewelacją, największym zaskoczeniem tegorocznego HOA. W sumie nic tego nie zapowiadało. Debiutancki krążek BLIND ILLUSION zdarzało mi się słuchać, bardzo mi się podobał, ale nie miałem pojęcia, że tak potrafi zabrzmieć na żywo! Niepozorny, z bardzo przerzedzonymi włosami i zębami, do tego ubrany w traperską czapkę Mike Biedermann okazał się największych oryginałem tego festiwalu. Przy czym nie jego wygląd, ale to, co pokazał na scenie jest zdecydowanie ważniejsze. A było to po prostu istne szaleństwo, zarówno, jeśli chodzi w śpiew, o grę na gitarze, wreszcie tańce, skoki, elementy jogi lub sztuk walki, prezentowane na scenie. A muzycy, których sobie dobrał pokazali taki kunszt techniczny, że szczęka nie chciała się wręcz zamknąć. Nie wiem, jak nazwać muzykę uprawianą przez Blind Illusion, według mnie najbardziej pasował był jazz metal. Bo tak na metalowo zagranego jazzu, bo tak na jazzowo zagranego metalu jeszcze w życiu nie słyszałem.

Headlinerem piątkowego wieczoru był oczekiwany przez nas wszystkich zespół SANCTUARY. Ponieważ widziałem grupę przed rokiem w Gdańsku, wiedziałem już zatem, czego się można spodziewać. Aczkolwiek zaskoczyła mnie dość wyraźnie nowa, solidna energia, jakie grupa dostała w postaci dwóch nowych muzyków (gitarzysty i perkusisty). Można było odnieść wrażenie, że lider grupy, Lenny Rutlidge dostał od nich bardzo solidnego kopa energetycznego, bo zespół zaprezentował się zdecydowanie lepiej, mocniej, solidniej pod każdym względem, niż przed rokiem. Oczywiście nie zmieniło się nic w sprawie wokalu, Warrel był sobą z ostatnich lat, nie błyszczał, nie szlałą, nie prowokował, ale też dał radę całkiem poprawnie zaśpiewać wybór z co lepszych kawałków zespołu, a trzeba przyznać, że hiciorów tego wieczoru było bez liku.

Sobota – 29.08.2017

Sobotni poranek (szaro, buro, mokro) upłynął nam na jak najszybszym złożeniu namiotu, spakowaniu wszystkich rzeczy i… czekaniu na traktorzystę, który zechciałby nas wyciągnąć z błota. Niestety takich oczekujących było dość sporo, a kierowcy jakoś nie podobało się, że hak w aucie mieliśmy zamontowany z tyłu, zamiast z przodu… Na szczęście w pewnym momencie pojawił się drugi traktorzysta, który właśnie nas, jako pierwszych wyciągnął na stabilny grunt. Zaparkowani blisko backstage’u odetchnęliśmy z ulgą, i chociaż wiedzieliśmy, że czeka nas nocna droga zamiast spania w namiocie, to jednak fakt, że wydostaniemy się normalnie do domu, bardzo nas cieszył. Kto wie, ile czasu musielibyśmy czekać na wyciągnięcie w niedzielę, kiedy prawie wszyscy wyruszaliby do domów.

Sobotni maraton rozpoczęła niemiecka kapela UNIVERSE. Grający melodyjny metal zespół nie jest zbyt znany w naszym kraju, chociaż w swoim dorobku ma już kilka płyt. Największą uwagę przyciągał oczywiście basista grupy, który był jedynym członkiem zespołu Axe Victims. Bo trzeba dodać, że zespół zagrał właśnie kawałki zarówno AV, jak i Universe. Melodyjne, grzeczne, ocierające się o hard rocka granie niemieckiej grupy stanowiło znakomity otwieracz, przywołało pod scenę wszystkich śpiochów, przywróciło uśmiechy na zmęczone deszczem twarze.

Kolejnym niemieckim bandem, tylko zdecydowanie młodszym, który zamontował się (a przy okazji bardzo solidny wystrój sceny) był ATTIC. Miałem okazję widzieć tę grupę parę lat temu na KIT, przy czym wtedy grali bez scenografii. Tym razem zaprezentowali się zdecydowanie inaczej, solidniej, oryginalniej. Bo muzyka zespołu, stanowiąca bezpośrednie nawiązanie do działań Mercyful Fate i Kinga Diamonda, zdecydowanie lepiej „sprzedaje się” w specyficznej „kościelnej” scenografii. Muzycznie było bez zarzutu, wokalnie takoż. Pojawia się tylko jedno pytanie, które zresztą padało z ust licznych słuchaczy: czy potrzeba nam „taniej podróbki oryginału”, kiedy wciąż jeszcze mamy oryginał? To oczywiście pytanie pozostawię bez odpowiedzi, bo zapewne ilość odpowiedzi negatywnych, jak i pozytywnych byłaby spora. Najważniejszy pozostaje fakt, że słucha się i ogląda koncertu Attic bardzo miło.

Po młodzieży z Niemiec, przyszła kolej na młodzież aż z Australii, tak, tak, aż z tak daleka organizatorzy ściągnęli zespół SILENT KNIGHTS. Grupa młodych ludzi zaatakowała scenę z wielkim impetem, grając bardzo miły dla ucha klasyczny heavy metal. Nie będę twierdził, że oryginalny, wyjątkowy. Ot, klasyczny, poprawnie, z wielkim animuszem zagrany metal. Miło się go słuchało, zespół wydawał się być zadowolony, słuchacze takoż. Zatem było ok.

Szwedzki zespół BULLET też już kiedyś widziałem. Nie wywołał we mnie powazniejszych doznań. Ale tym razem przyznaję bez bicia, że podlana wpływami zespołu Accept muzyka grupy bardzo mi przypadła do gustu. Zagrana z wielką werwą, z ciekawymi świdrującymi solówkami i riffami i znakomitym wokalem Daga muzyka Bullet okazała się niezwykle sprawnym środkiem pobudzającym do działania, machania głową, skakania, wydzierania się pod sceną. Nawet dosć wyraźne naśladownictwo w stosunku do wspomnianego wyżej zespołu – przynajmniej mnie – wcale nie przeszkadzało. Bardzo dobry, udany koncert.

Po ostrej, energetycznej muzyce przyszła pierwsza bardzo poważna zmiana klimatu. Po raz pierwszy bowiem na tegorocznym HOA na scenie pojawił się zespół heavy/ doom metalowy. To wciąż niezwykle popularny w Niemczech ATLANTEAN KODEX. Zastanawia mnie trochę, jak to jest, że zespół tak statyczny na scenie, grający w sumie dość monotonną (wszak to doom metal) muzykę, niezmienne ściąga na swoje koncerty taką masę ludzi? Bo to, że muzyka grupy jest dobra, intrygująca, to wszyscy wiemy. Ale zdecydowanie lepiej jej się słucha w domowych pieleszach, przy zgaszonym świetle, z lampka wina w ręce. Widziałem AK w tym roku na KIT, po paru miesiącach widziałem ich ponownie – wrażenia (podobnie jak set lista) pozostają na tym samym poziomie. Fajne, dobre, ok.

Chyba przed rokiem widziałem trzy panie z ROCK GODDESS na KIT. Wtedy podszedłem do ich prostej, rytmicznej muzyki z pewnym dystansem. Wydawała mi się dobra, ale… w określonych ilościach. Bowiem jej powtarzalność po pół godzinie zaczynała mnie nudzić. Tym razem odniosłem wrażenie, jakby w piękne panie wstąpił zupełnie nowy duch. Bo chociaż była przecież ta sama muzyka, to jednak brzmiała ze sceny zdecydowanie lepiej, mocniej, ostrzej, nabrała zdecydowanie lepszego charakteru. A już nowe kawałki po prostu zamiatają. Bardzo mi się podobał ten koncert, mam nadzieję, że panie nie złożą jeszcze długo broni, a po wydanej w tym roku Epce, wkrótce ucieszymy uszy równie dobrym pełnym albumem.

Kiedy na backstage przyjechali bracia Gallagherowie zrobiło się bardzo wesoło. Wielce, postawni mężczyźni ruszali się powoli, ale humoru można im tylko pozazdrościć. Żartowali, rozmawiali, to prawdziwe dusze towarzystwa. Kiedy przyglądałem się ich spacerom, zastanawiałem się tylko, jak sobie radzą na scenie, bo przecież niezwykle nośna, energetyczna muzyka RAVEN wymaga niespożytych sił, wymaga solidnego scenicznego ruchu. Moje zastanawianie się trwało tylko do pierwszych dźwięków, które padły ze sceny. Potem już nie miałem czasu, by się nad czymkolwiek zastanawiać. A już najmniej nad „ruchem scenicznym”, bo bracia – wsparci przez nowego perkusistę – wywołali po prostu huragan. Sprawiali wrażenie, jak gdyby nagle doładowali się jakimiś specjalnymi środkami, bo mimo swoich solidnych kształtów i sporego wieku, dali jeden z najszybszych, najbardziej energetycznych popisów na tym festiwalu. O ile jeszcze John musiał się stopować, bo przecież śpiewał, o tyle Mark mało nie rozniósł całej stodoły. A miny, które przy tym robił są nie do powtórzenia. Raven pokazał, że wiek nie ma znaczenia, jeśli się chce, jeśli żyje się metalem, to można dać taki koncert, że młodzież może tylko nosić sprzęt…

Po energetycznym koncercie Brytyjczyków przyszedł czas na… energetyczny koncert Amerykanów z TOXIC. Bo i Toxic postanowił nie brać jeńców i dał tak niesamowity, mocny, energetyczny koncert, że nie da się go wręcz opisać. Założyciel grupy Joe Christian, nie tylko okazał się znakomitym rozmówcą – dowcipnisiem, ale na scenie to prawdziwy wulkan energii, walący z niesamowitą siła niesamowute riffy i solówki. W roli wokalisty wystąpił… wokalista Toxic z okresu drugiego krążka, czyli Charles Sabin, który stanowił znakomite uzupełnienie Joe. Natychmiast w głowie pojawiło się pytanie, dlaczego ci dwaj panowie nie pociągnęli wózka zwanego Toxic w latach osiemdziesiątych, skoro stanowią tak zgrany, znakomity duet. Nie wiem, jak było kiedyś, wiem, że teraz są w znakomitej formie. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć dwójki muzyków, którzy im towarzyszyli, bo kwartet całościowo prezenentował się znakomicie. W pewnym momencie na scenie pojawiła się jeszcze młoda panna, która w jednym kawałku wspomogła gitarzystów, Nie usłyszałem niestety, skąd się i wzięła i dlaczego, ale prezentowała się z zespołem całkiem dobrze…

Ostatnim zespołem, któremu przyszło zamknąć tegoroczny festiwal, był japoński legendarny dziś zespół LOUDNESS. Grupa pojawiła się w swoim najlepszym, klasycznym składzie, a jedynie zmarłego perkusistę zastąpił nowy młodszy człowiek. Koncerty Japończyków to zawsze wydarzenie, dla mnie szczególne, bowiem widziałem ich po raz pierwszy. I zauroczyli mnie od samego początku. Nie dość, że zagrali sporo swoich znakomitych, melodyjnych, rewelacyjnych hitów, to jeszcze imponowali znakomitą prezencją na scenie, energią, radością. Basista nie tylko, że znakomicie grał swoje ciekawe partie, to jeszcze rozdawał spore ilości kostek, „japoński Van Halen”, czyli Akira Takasaki zniewalał swoimi solówkami, a wokalista Minoru Niihara dał z siebie tak wiele, że po koncercie miał problem z wydobyciem głosu. Koncert Loudness to było przeżycie nie tylko muzyczno – estetyczne, to był rodzaj wydarzenia, które zapada w pamięć na zawsze.

Taki był ten tegoroczny HOA, na bardzo dobrym, równym poziomie. Mimo deszczu i błota kolejny raz było to prawdziwe święto dla prawdziwych fanów prawdziwego metalu.

Tekst i zdjęcia: Ray

Więcej zdjęć w Galerii Metal Mundus już wkrótce!

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU























** MORTUUS CAELUM **
- Ad Libertatem Per Mortem


** ANTHRAX **
- Among The Living


** KRV **
- Ograma


** ALESTORM
- No Grave But the Sea

** MRTVI
- Negative Atonal Dissonance

** KRYPTONITE
- Kryptonite

** SWABIA METAL vol. I
- Barbarossa's Return

** OSCULUM INFAME
- Axis of Blood

** ANTHRAX
- I'm The Man

** SKALLBANK
- Skallbank

** EDGUY
- Monuments

** IN THIS MOMENT
- Ritual

** ANTHRAX
- Spreading The Disease

** PYRAMAZE
- Contingent

** SARPENTRA
- Supernova

** OVERKILL
- The Grinding Wheel [2]

** SOMNIUM NOX
- Terra Inanis


więcej recenzji
********* GRIN *********


** WATCH OUT STAMPEDE **


***** CLOSTERKELLER *****


*** AMORPHIS
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** HEADBANGERS OPEN AIR
- Brande/ Niemcy


*** HAMMERFALL
+ Gloryhammer
+ Lancer
- Progresja/ Warszawa


*** QTNOIZZ FEST
+ Iron Maiden Tribute Band
+ Hunter
+ Nocny Kochanek
+Acid Drinkers
+Siq
- Kutnowianka/ Kutno


*** NIGHT DEMON
- U Bazyla/ Poznań


*** CLOSTERKELLER
+ Dark Juliette
- Lizard King/ Toruń


*** KREATOR
+ Sepultura
+ Soilwork
+ Aborted
- Progresja/ Warszawa


*** CLOSTERKELLER
+ Alhena
- Estrada/ Bydgoszcz


*** EPICA
+ POWERWOLF
+ Beyond The Black
- Progresja/ Warszawa


*** AMON AMARTH
+ Grand Magus
+ Dawn Of Disease
- Progresja/ Warszawa


*** TRIPTYKON
+ Secrets Of The Moon
+ Steel Drunk
+ Blaze Of Perdition
+ Mord'A'Stigmata
- Progresja/ Warszawa


więcej relacji
*** Głos z ciemności


*** Jaskinia Hałasu


*** AC/DC
- Wczesne lata z Bonem Scottem



więcej recenzji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  24,498,548 unikalne wizyty  Top Top