AGENCJA METAL MUNDUS


METAL UP!

= 21.06.2018

- JINJER

+ Warszawa / Hydrozagadka



= 26.06.2018

- IMPACT FESTIVAL 2018
Zagrają:
- OZZY OSBOURNE
- BULLET FOR MY VALENTINE
- GALACTIC EMPIRE

+ Kraków / Tauron Arena



= 29.06.2018

- THY ART IS MURDER

+ Warszawa / Hydrozagadka















































































Nawigacja
Artykuły » Wywiady - 2018 » DORMANT DISSIDENT
DORMANT DISSIDENT


Jeszcze kilka dni temu nazwa DORMANT DISSIDENT zupełnie nic mi nie mówiła… I pewnie taki stan rzeczy nadal by się utrzymywał, gdyby nie małe, ale jakże przyjemne zdarzenie. Otóż na adres dawnego magazynu (Pure Metal) napisał do mnie wokalista tej formacji – Artur Kuliński. Napisał i prosto z mostu zapytał: czy nie zechciałbym przeprowadzić wywiad z jego kapelą, albo zrecenzować ich debiutancki krążek. Wyjaśniłem, że magazyn od paru lat nie funkcjonuje… Artur nie dał jednak za wygraną (i DOBRZE), w efekcie czego powstał - tyle, że z przeznaczeniem dla Agencji Metal Mundus - bardzo obszerny wywiad, do lektury którego serdecznie zapraszam. Na moje pytania odpowiadali wszyscy muzycy tej zielonogórskiej formacji: basista Rafał Romański, perkusista Jakub Czubaty, obaj gitarzyści: Kamil Pleśnierowicz i Igor Cybail oraz wspomniany już parokrotnie frontman kapeli – Artur Kuliński.


W jakich okolicznościach powstał zespół Dormant Dissident? Kto jest odpowiedzialny za zawiązanie kapeli... znaliście się wcześniej?

Artur Kuliński: Zespół Dormant Dissident powstał w dosyć przypadkowy sposób. Wszystko zaczęło się od naszego basisty Rafała Romańskiego, który to oczarowany muzyką metalową postanowił założyć zespół. Wówczas w pierwszej kolejności uderzył do Igora Cybaila (gitara prowadząca) i Jakuba Czubatego (perkusja), którzy to byli jego bliskimi przyjaciółmi. Wtedy właśnie pojawił się zaczątek ówczesnego Dormant Dissident. Zespół wtedy istniał pod inną nazwą i grał głównie covery Metalliki. Z czasem jednak przestali utożsamiać się ze starą nazwą i tak w 2011 roku powstał Dormant Dissident. Zaczęło jednak brakować chłopakom drugiej gitary i wokalu przez co postanowili rozszerzyć skład kapeli. Rok później do zespołu dołączyłem ja (obejmując stanowisko wokalisty) i doszedł Michał Bedner jako gitarzysta rytmiczny (jako jedyni byliśmy zupełnie obcymi osobami, które postanowiły zasilić szeregi Dormant Dissident). W tym składzie graliśmy do 2015 roku, gdzie przeżyliśmy mały rozłam, skutkiem czego Dormant Dissident miało roczną przerwę zarówno w koncertowaniu jak i w udzielaniu się w świecie muzyki. W 2016 zespół zebrał się do kupy. Skład zespołu wzbogacił się o wschodzącą gwiazdę heavy i power metalu Kamila Pleśnierowicza, który zastąpił Michała na stanowisku gitarzysty rytmicznego. W tym właśnie składzie gramy do dziś.

Czy muzycy współtworzący zespół mieli wcześniej jakieś sceniczne doświadczenie... czy też mamy do czynienia z absolutnymi debiutantami? I czy jesteście samoukami, czy też macie jakieś muzyczne wykształcenie?

Artur Kuliński: Każdy z nas jest w 100% samoukiem. Nigdy nie zdarzyło nam się pobierać jakichkolwiek nauk od profesjonalnych nauczycieli muzyki. Gdyby zaszła taka możliwość aby uczyć się u wykwalifikowanych muzyków, na pewno nie jeden z nas by skorzystał. Lecz wówczas nasza muzyka ukierunkowana wpływem mentorów mogła by nie być taka jaka jest teraz. Z kolei jeśli chodzi o doświadczenia sceniczne to wszyscy z początku nim nie grzeszyliśmy, przez co śmiało można było nas wtedy nazywać żółtodziobami. Pierwszy koncert jako Dormant Dissident w pełnym składzie zagraliśmy 10.11.2012 roku w Gubinie na festiwalu Dark Side. Nasz występ został naprawdę ciepło przyjęty. Wtedy po koncercie jako początkujący, myśleliśmy że rozbiliśmy muzyczny bank, lecz niestety na następnych koncertach brutalnie zderzyliśmy się z okrutną rzeczywistością branży muzycznej, która szybko sprowadziła nas z powrotem na ziemię.

Dlaczego zapragnęliście grać klasyczny heavy metal? Nikt Was nie uświadomił, że kokosów z tego nie będzie / że chleba z tego nie będzie? Przecież w kraju nad Wisłą i Odrą jedynie słuszną opcją jest granie tylko i wyłącznie death i black metalu?

Artur Kuliński: Heavy metal wydaje mi się był w nas od początku. Każdy z nas jest, był i zapewne zawsze będzie oczarowany tym analogowym brzmieniem, tą prostotą płynącą z HM. No i śmiało mogę zaznaczyć, że wszyscy kochamy lata 80. W tamtym czasie nie zastanawialiśmy się nad tym czy będą z tego pieniądze czy nie. Graliśmy to co podpowiadało nam serce, to co siedziało nam w duszach. I dalej będziemy to robić. Mamy także nadzieję, że moda na klasyczny heavy metal powróci. Nieraz zdarzało się, że jakiś gatunek muzyczny powracał w chwale i glorii choć zdawało się wszystkim, że dawno zaginął w dziejach historii. Muzyka czy moda działa na zasadzie sinusoidy. Obecnie możemy znajdować się w heavy metalowym dołku ale wierzymy, że prędzej czy później klasyczny heavy odzyska swoją świetność i blask, a jeśli uda nam się do tego przyczynić to będziemy wniebowzięci.

Z tą kasą za granie to trochę żartowałem… bardziej chodziło mi o popularność death i black metalu w naszym kraju… A już całkiem poważnie – cieszy mnie fakt, że wciąż powstają u nas klasycznie metalowe kapele… i wydaje mi się, że moda na klasyczny metal nie zniknęła… właściwie to od 20-tu lat, czyli od debiutu Hammerfall tradycyjny heavy z każdym rokiem rósł w siłę i wracał do łask i wciąż ma się dobrze – na świecie, bo nie u nas w kraju… Popularności z pierwszej połowy lat 80. XX wieku nie udało się już odbudować, bo tego nie da się powtórzyć, były to wówczas inne czasy… nie było wielu później rozwiniętych podgatunków (thrash dopiero raczkował, podobnie pokrewne US power czy speed metal, a black i death metal jakie funkcjonują w obecnym kształcie i wymiarze nie istniały, a swoją popularność osiągnęły w dekadzie późniejszej). Co do muzycznej paraboli… ja spotkałem się z innym określeniem, że z metalem jest tak, jak z sinusoidą… i w odniesieniu do thrash metalu tak można to postrzegać, po latach chudych (90. XX wieku) ten gatunek odrodził się w pierwszej połowie XXI wieku, po czym znów wyhamował… Ale pora na pytanie: Skąd u Was to zainteresowanie muzyką metalową? Powiedzieliście, że heavy metal był / jest u Was od samego początku? Wybaczcie, ale… aż ciśnie mi się na usta i korci mnie by spytać: urodziliście się heavymetalowcami? :) Kto zaraził Was tym całym metalem… rodzice? A może sami – dzięki dobrodziejstwu internetu dostrzegliście w tej muzyce coś, co i Was skłoniło do tego, by samemu spróbować?

Jakub Czubaty: Haha, cóż... w pewnym sensie można powiedzieć, że heavy metal gdzieś tam głęboko w nas tkwił od samego początku. Niektórzy z nas „wyssali z mlekiem matki" stare granie, inni dopiero poznali tę muzykę w późniejszych latach. Ja osobiście z muzyką gitarową zacząłem mieć do czynienia dość późno, bo będąc już nastolatkiem. Tak naprawdę dużo heavymetalowej klasyki pokazał mi Igor – nasz gitarzysta, gdyż to właśnie on z nas wszystkich ma „najdłuższy staż”. Dzięki temu miałem dobre podstawy do własnych poszukiwań i odkrycia tego, co mi najbardziej podoba się w tej muzyce. I teraz mogę szczerze powiedzieć, że przede wszystkim doceniłem to, czym ta muzyka stoi - z jednej strony autentyczność, z drugiej zaś tę „chemię", jaka panuje tak między samymi muzykami, jak i między twórcami a fanami.

Myślę, że moi koledzy mieliby swoje wersje oraz powody wejścia w ten muzyczny świat i wszystkie by się różniły, często diametralnie... ale z drugiej strony wszystkie byłyby w stu procentach prawdziwe. To jest w tej muzyce najpiękniejsze.

Tak czy inaczej jeśli już o sam heavy metal chodzi, powiedzieć mogę jedno - w tym momencie wszyscy czujemy się jak ryby w wodzie, grając właśnie w tej stylistyce, między innymi dlatego, że najzwyczajniej w świecie jesteśmy po prostu fanami takiego grania.

Jak narodziła się nazwa Dormant Dissident i dlaczego akurat taka? - przyznam – brzmi dobrze :) Czy ma ona jakieś odniesienie do Waszych przekonań, postaw życiowych?

Jakub Czubaty: Dziękujemy, bardzo rzadko zdarza się nam słyszeć taką opinię :). Z reguły jednak przeważają głosy, że nazwa jest dziwna, długa albo za trudna… Jednak z naszej perspektywy patrząc na zespoły jak na przykład Avenged Sevenfold, czy chociażby Suicidal Tendencies, to śmiemy twierdzić, że jednak wybraliśmy dość prosty zlepek słów.

A wracając do tematu powstania samej nazwy… Cóż, przede wszystkim chcieliśmy mieć nazwę unikalną. Taką, która po wpisaniu w przeglądarkę nie wyświetli się w milionie różnych opcji. Zależało nam, żeby człowiek chcący znaleźć o nas coś w internecie nie musiał się zastanawiać czy to ten zespół, który gra death metal, heavy czy może thrash, bo wszystkie mają taką samą nazwę… I póki co się udaje :). A jeśli o sam zlepek słów chodzi… Dissident został zapożyczony od jednego z kawałków Judas Priest, natomiast Dormant jakoś nam ładnie się skomponował i tak już zostało. Jeśli chodzi o znaczenie – cóż, można powiedzieć, że jesteśmy trochę takimi uśpionymi dysydentami… Robimy wiele rzeczy po swojemu, nie zawsze zgodnie z utartymi ścieżkami i czekamy na dobry moment aby uderzyć z całym impetem. Jakby nie było jest w tym opisie dużo prawdy, ale tak czy inaczej wydaje mi się, że to w tym momencie po prostu bardziej dorabianie ideologii do fajnej nazwy niż na odwrót.

Często spotykacie się na próbach? Macie jakąś swoją salkę, macie gdzie „porzępolić”… znaczy poćwiczyć?

Jakub Czubaty: Jak najbardziej posiadamy własną salkę do grania i z tych paru lat rzępolenia i często szukania miejsca do zaczepienia się, mogę śmiało powiedzieć, że jest to bardzo ważne aby takie swoje miejsce mieć. Zdarzały się momenty, że nie mieliśmy gdzie grać i ratowaliśmy się a to piwnicami, a to koczowaniem na salkach znajomych, a to znowu graniem w salach prób wypożyczanych na godziny… I żadne z tych rozwiązań nie było idealne. Taki „brak stabilizacji” bardzo źle działał na kreatywność, częstotliwość spotkań czy po prostu chęci do grania. Teraz, gdy mamy własny kąt, możemy spotkać się kiedy chcemy, grać ile chcemy i w końcu bez stresu podchodzić do grania. Niestety, z drugiej strony jesteśmy już w tym wieku, gdzie trochę „dopada nas życie”, czyli każdy z nas pracuje, ma dodatkowe zajęcia poza pracą i zespołem lub musi po prostu zająć się rodziną. Dlatego nie są to już próby, jak za czasów studenckich, gdy siedziało się w sali kilka razy w tygodniu po kilka godzin. Staramy się to bardziej usystematyzować - są to teraz próby rzadsze, krótsze, ale też bardziej kreatywne i konkretne. Gdy spotykamy się razem, zawsze staramy się aby to nie był czas zmarnowany i aby „pójść z czymś do przodu”. I myślę, że jest to całkiem fajne, zdrowe podejście.

Zaczynaliście od coverowania Metalliki… i to słychać w muzyce z Waszej debiutanckiej płyty, choć tylko śladowo… pojawiły się za to inne wpływy, inspiracje… jak Iron Maiden, Judas Priest… klasyka i podstawa właściwie większości nie tylko stricte heavymetalowych kapel… ale i inne wychwyciłem, jak choćby Megadeth… jednak zapytam na razie inaczej, mianowicie: macie swoich muzycznych idoli? Jakie grupy są dla Was tymi najważniejszymi?

Artur Kuliński: Skłamałbym gdybym powiedział, że nie inspirowaliśmy się, żadnym z wymienionych przez ciebie zespołów. Jeśli się na kimś wzorować to na największych. Już nie raz się zdarzało, że porównywano nas do Judas Priest, Metaliki, czy nawet Black Sabbath. Najczęściej jednak porównują nas właśnie do Iron Maiden, co jest dla nas bardzo przyjemnym porównaniem. Każdy z nas ma jakieś swoje wzorce i nierzadko są one zupełnie różne niż innego członka zespołu. Oczywiście wszystkich łączy nas zamiłowanie do zespołów heavy metalowych, ale lubimy także zespoły, które tworzą zupełnie odrębne gatunki. Najlepszym przykładem tutaj jest Jakub. On słucha heavy, thrashu, elektro, techno, agrotech etc. Nie ogranicza się tylko do tej muzyki, którą tworzymy. Sam też jestem otwarty na różne gatunki, jednak pod tym kątem nikt z nas nie przebije Czubatego (śmiech) . To jest bardzo rozwijające ponieważ czasami jakieś patent, który usłyszymy np. w rapie lub w R&B zajebiście może sprawdzić się w heavy metalu. Dlatego najlepszym sposobem na tworzenie jest otwartość na inne gatunki. Wracając jednak do inspiracji większość z nas ma ulubione zespoły. Igor uwielbia Judas Priest i Megadeth, co czasem możemy wychwycić w jego riffach. Kamil ubóstwia power metalowy Primal Fear i Sabaton. Rafał z kolei zakochany jest po uszy w Iron Maiden. Ulubionym zespołem Jakuba jest np. Godsmack. U mnie natomiast pojawia się problem z ulubionym zespołem ponieważ takowego nie mam. Uważam, że na świecie jest stanowczo za dużo dobrych zespołów aby uwielbiać jeden czy dwa. Mam jedynie ulubiony polski zespół, którym jest Turbo.

Jakim kapelom – choćby rodzimym - chcielibyście dorównać? Czy jakieś krajowe grupy są dla Was wzorcem muzycznym, albo zrobiły karierę, jaka i Wam się marzy?

Rafał Romański: Ciekawe pytanie, gdybym odpowiedział na nie podając po prostu jakąś konkretną kapelę, której karierą byśmy się zadowolili, to oznaczałoby, że jest gdzieś tam punkt, który oznacza nasz limit muzycznego spełnienia względem kariery… Stawianie sobie limitów nie leży w naszej naturze. Dormant Dissident ma swoje grono odbiorców, które ciągle rośnie i staramy się brać za coraz to większe i ciekawsze przedsięwzięcia związane z naszą twórczością, stawiamy sobie cele krótkookresowe, które windują nasz zespół do góry. Rok 2017 przyniósł wiele takich celów, które po zrealizowaniu stały się sukcesami. Pochwaliliśmy się tym na naszej stronce, więc tam zapraszam ciekawskich. No ale dobrze, żeby nie było, że uciekam od odpowiedzi na pytanie, to mogę wymienić polską kapelę, która dla mnie osobiście jest powiedzmy… Jeśli chodzi o wyznacznik kierunku, w którym mógłby zmierzać nasz zespół to prawdopodobnie mógłby nim być zespół Turbo. Podobna tematyka, grają szmat czasu i są jedną z ikon polskiego heavy metalu. Natomiast nie mogę powiedzieć, że chciałbym poprzestać na osiągnięciach takich jakie ma Turbo, a to już z tego samego powodu, o którym mówiłem wcześniej. Stawiamy sobie poprzeczkę wysoko, by osiągnąć więcej. Jak to mówił Pan Jacek Krzynówek „cały czas do przodu” (śmiech)… No ale teraz już tak na poważnie, myślę, że wzorowanie się na ikonach naszego nurtu jest dla nas dobre, ale nie możemy sobie stawiać ograniczeń.

Jak jest z zainteresowaniem muzyką heavy metalową to raz, a dwa - Waszym zespołem w Waszym rodzimym mieście? Dorobiliście się swojej publiki w Zielonej Górze? Macie dla kogo grać na własnych śmieciach?

Rafał Romański: Hmm… Jeżeli chodzi o zainteresowanie heavy metalem w Zielonej Górze, to chyba jest tak jak wszędzie. Największe frekwencje są na tak zwanych „gwiazdach”. Każdy metalowiec, niezależnie czego słucha, w swoim muzycznym życiu miał lub ma styczność z heavy metalem, tak więc znajdzie się trochę osób w naszym mieście, które pójdą na koncerty grup heavy metalowych. Przechodząc do drugiej części pytania, myślę że po tych paru latach możemy się pochwalić jakąś publiką w Zielonej Górze. Staramy się nie grać często, żeby nie nastąpiło znudzenie materiału, ale kiedy przypominam sobie nasze koncerty w Zielonej Górze to o ile pamiętam na frekwencję nie narzekałem. Były czasem obawy czy przyjdzie wystarczająca ilość osób, ale koniec końców sala pustkami nie świeciła i oby przy dalszych koncertach udało nam się to utrzymać, a nawet pójść o krok dalej i spowodować brak wolnych miejsc.

Jak długo powstawał materiał na album „Knightmares” i który z muzyków ma największy w nim udział? A tak w ogóle… staracie się tworzyć zespołowo, czy macie „nadwornego pisarza riffów”?

Artur Kuliński: Wszystkie utwory zaprezentowane na krążku powstawały tak naprawdę od początku istnienia zespołu. Zdarzały się po drodze kawałki, które uważaliśmy za zwyczajnie niewystarczająco dobre aby nadawały się na płytkę. Z początku tworzyliśmy je w ogóle nie myśląc o albumie. W międzyczasie jedynie postanowiliśmy nagrać demo o nazwie „DDemo”, aby móc gdziekolwiek zaprezentować naszą muzykę w dobrej jakości, a nie jako nagrania na tzw. setkę. Z kolei jeśli chodzi o wpływy na płycie, wydaje mi się, że nie możemy stwierdzić, który z nas miał największy wkład w tworzenie tych utworów. Każdy kawałek jest zawsze komponowany przez cały zespół. Z reguły Igor lub Kamil przynoszą na próby jakiś riff lub szkielet utworu. Jeśli przejdzie „głosowanie” odnośnie zajebistości, wówczas dodajemy do niego drugą gitarę, perkusję, bas, a na samym końcu wokal. Wiadomo czasami zdarza się, że któryś z nas ma większy lub mniejszy wkład w komponowanie danego utworu, ale nie ma to dla nas żadnego znaczenia, ponieważ praktycznie każdy kawałek tworzymy jako Dormant Dissident, jako całość. Dlatego też warto tu wspomnieć Michała Bednera, ponieważ kiedy był jeszcze członkiem Dormant Dissident, miał również swój wkład w tworzenie kilku kawałków i przyczynił się do powstania albumu.

Coraz więcej młodych grup wydaje płyty własnym sumptem… Dlaczego tak się dzieje, jak myślicie?

Igor Cybail: Myślę że jest to spowodowane tym, że wytwórnie interesują się przede wszystkim kapelami, które są już popularne, co nie oszukujmy się, wiąże się z zarobkami dla jednej i drugiej strony. Będąc zespołem bez konkretnego dorobku korzystniej jest wydać album własnymi siłami i promować go po to, aby w przyszłości wytwórnie były zainteresowane właśnie zespołem, w którym grasz.

Wy też sami wypuściliście swój debiutancki materiał długogrający – czyli album „Knightmares”. Czy w ogóle staraliście się zainteresować jakiegoś wydawcę tym materiałem, czy od razu podjęliście decyzję: „wypuszczamy sami”, sami za wszystko płacimy itd.

Igor Cybail: Oczywiście rozesłaliśmy nasz materiał w kilka miejsc, bo chyba w każdym z nas jest cząstka marzyciela i gdybaliśmy co by było jeśli coś magicznie zadziała i większa wytwórnia zauważy naszą muzykę i będzie chciała nawiązać z nami współpracę. Jednak okazało się, że musimy przebyć dłuższą drogę i zrobić to na własnych warunkach. Niestety takie są realia branży muzycznej.

Artur, jak byłeś małym chłopcem... chciałeś śpiewać, czy grać na jakimś instrumencie?

Artur Kuliński: Tutaj trzeba już na samym początku zaznaczyć, że moi rodzice już we wczesnym dzieciństwie zauważyli u mnie jakiś tam talent wokalny. Sprowadziło się to w efekcie do tego, że jako mały brzdąc bardzo lubiący śpiewać zostałem wysłany na casting do programu „od przedszkola, do Opola” gdzie się dostałem i wystąpiłem w wieku 5 lat. Od tamtego wydarzenia liczę swoją przygodę z wokalem.

Było kilka instrumentów na których chciałem grać. Były to skrzypce, flet, pianino no i oczywiście gitara. Jednak jakoś tak się złożyło, że w pobliżu mojego ówczesnego miejsca zamieszkania (Bytom), nie było żadnej fajnej szkółki muzycznej, przez co z nauki grania na instrumencie nic nie wyszło. Szczerze mówiąc największe parcie miałem na gitarę i coś na niej pobrzdąkać umiem, ale uważam, że to stanowczo za mało, aby nazwać to grą. Moją porażkę jeśli chodzi o naukę gry na gitarze można określić tym, że jestem zbyt leniwy. Nigdy to nie doszło do skutku ponieważ, zwyczajnie potrzebuję mentora który by mi ciągle przypominał o ćwiczeniu. Mam po prostu słomiany zapał i potrzebuję motywacji lub opieprzu (śmiech). Także jakby się znalazła jakaś osoba chcąca mnie nauczyć to nie wzgardzę :).

Najlepiej osoba płci pięknej :) Miałem podobnie z nauką gry na gitarze… to znaczy – nie potrafiłem się należycie za to zabrać, łatwiej by mi było, gdybym już od samego początku coś potrafił zagrać :) Masz swoich ulubionych wokalistów? Wzorujesz się na kimś? Bardzo podoba mi się Twój wokal, jest ostry, zadziorny... pewnie wielu sympatyków muzyki przyciężkawej zauważy pewne podobieństwa Twojego głosu do wczesnego Jamesa Hetfielda, ja jednak dodałbym inne nazwisko – Randy Barron (Tyrant's Reign), poza tym jednak słyszę coś więcej... śpiewasz zdecydowanie pewniej... Jak wiele ćwiczysz, by utrzymać swój głos w należytej – odpowiednio dobrej dyspozycji?

Artur Kuliński: Nierzadko zdarza się, że wiele osób porównuje mnie do Hetfielda twierdząc, że mam podobną manierę wokalu jak on. Nie twierdzę, że tak nie jest (czasem sam to wychwytuję). Bardzo lubię warsztat Jamesa, ale cały szkopuł w tym, że jeśli faktycznie momentami brzmię jak on, to nie robię tego świadomie ani specjalnie, ponieważ nigdy nie chciałem śpiewać jak frontman Metalliki.

Co do moich tak zwanych idoli - wokalistów. W sumie jest ich trochę ale traktuję to bardziej jako ulubionych wokalistów/frontmanów niż jako inspirację. Nigdy nie starałem się śpiewać „jak ktoś”, gdyż wiedziałem, że jest to po porostu niemożliwe (mówię o mojej skali wokalu) lub wiedziałem, że jest tylko jeden np. Dio. Oczywiście zdarza się nieraz, że ktoś ma podobny głos do „jedynego i niepowtarzalnego” wokalisty. Tu przykładem może być Rob Halford. Kiedy odszedł z Judas Priest jego miejsce zajął Tim Owens, a wcześniej był jeszcze brany pod uwagę Ralf Scheepers (Primal Fear). Jednak Judas Priest bez Roba, nie było już takie samo. Dlatego też możemy znaleźć odpowiednik oryginalnego wokalu, ale to zawsze będzie tzw. „podróba”. Zawsze to będzie ten gorszy sort, gdyż prawdopodobnie zawsze będzie porównywany do oryginału. Ale wróćmy do moich tzw. idoli wokalu. Jeśli chodzi o zagranicznych frontmanów to na pewno trzymam na piedestale wcześniej wymienionych: Jamesa Ronnie Dio, Roba Halforda oraz Jamesa Hetfielda. Z kolei jeśli chodzi o polskich wokalistów to bez dwóch zdań są to dwaj wokaliści Turbo. Pierwszy i obecny: Grzegorz Kupczyk i Tomasz Struszczyk.

Tutaj muszę podziękować za pochwałę mojego „darcia się” (śmiech). Zawsze przed śpiewaniem muszę wypić co najmniej trzy piwa i trzy surowe jajka (symetria jest ważna). A tak poważnie. Czy wiele ćwiczę? Naturalnie. Jeśli mam być szczery, nie ma dnia, abym nie śpiewał. Nie zawsze jest to śpiew taki jak prezentuję na płycie lub na koncertach, ale trening to zawsze trening. Sąsiedzi już się skarżą (śmiech). Trenuję śpiewając dosłownie wszystko, ponieważ uważam, że śpiewanie innych gatunków muzycznych rozwija bardziej niż trenowanie w kółko tego samego. Czy to skutkuje? Czytelnicy i słuchacze ocenią. :)

Skutkuje, bardzo pozytywnie :) Nie od samego początku zdecydowaliście się, by Wasza muzyka miała anglojęzyczne teksty... gdyż macie w swym dorobku jeden numer zaśpiewany po polsku („Naprzeciw Śmierci”). Dlaczego zatem postanowiliście śpiewać w języku Shakespeare'a? Co drugi rodzimy band wybiera – na moje chyba niepotrzebnie – śpiewanie w rodzimym języku... i tłumaczą wówczas, że liryki są niezwykle ważne, albo – że i tak muzyka trafia na krajowy rynek... Ja jednak nie przepadam za rodzimym językiem w metalu... nie pasuje mi on i tyle…

Igor Cybail: „Naprzeciw Śmierci” był pewnego rodzaju eksperymentem. Artur był wtedy nowym nabytkiem zespołu, a zadeklarował się, że jest w stanie pisać teksty i to była jego chwila prawdy, z której wywiązał się całkiem nieźle. Nigdy nie kalkulowaliśmy też, czy piszemy po polsku czy angielsku a to, że poszliśmy w stronę języka obcego było naturalnym procesem, gdy cała grupa w mniejszym lub większym stopniu siedziała nad jakimś tekstem. Co do tekstów, które wyszły tylko spod mojej ręki, mogę powiedzieć, że angielski jest o tyle wdzięcznym językiem, że pozwala na zdystansowanie się do swoich przemyśleń, co w przypadku naszego rodzimego języka jak dla mnie po prostu nie działa. Jeżeli decydowałbym się na pisanie w języku ojczystym, zabrałbym sobie taką możliwość. Jeżeli chodzi o teksty polskich zespołów, to w przypadku tylko kliku kapel mi nie przeszkadza śpiewanie „po naszemu”, choć to też zależy od gatunku. Jednak do heavy metalu najbardziej odpowiada mi język Shakespeare'a i nie zanosi się żeby coś miało się w najbliższej przyszłości w tej kwestii zmienić.

Co dla Was w muzyce metalowej jest najważniejsze, gdy idzie o komponowanie? Riffy, wokół których buduje się dany utwór, może zgrabne aranżacje, czy też linia melodyczna?

Kamil Pleśnierowicz: Na pewno ważne są emocje, które pozwalają nam się trochę oderwać od istniejącego świata, dać ponieść muzyce i poczuć moc, która płynie z głośników. Oczywiście są momenty w naszych utworach, które poszczególnym członkom zespołu podobają się mniej lub bardziej, dlatego też każdy z nas inaczej odczuwa to, co gramy.

Riffy, „zgrabne aranżacje” czy linie melodyczne? Hm... Oczywiście są one ważne, ale w zależności od tego, od czego zaczął się pomysł na utwór. Jeżeli uważamy, że coś musi grać pierwsze skrzypce to do tego staramy się dobierać najbardziej pasujące według nas elementy budujące utwór. Zazwyczaj na pierwszym planie jest riff, ale zdarza się, że Artur wjedzie z bardzo dobrą linią wokalną lub przez przypadek, któryś z nas zapoda melodię z wykopem, a wtedy wszystko kręci się w okół tego.

Przyznam szczerze... pierwsze trzy kompozycje z „Knightmares” rozwaliły mnie doszczętnie... słuchając ich myślałem – muszę mieć ten album! Polot, werwa, energia... jak to się robi na debiutanckiej płycie? Skąd u Was takie pokłady zdolności i ...amerykańskiego luzu??

Kamil Pleśnierowicz: Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego ile godzin, nerwów i stresu poświęciliśmy na to, aby album “Knightmares” brzmiał właśnie tak. Bez względu na to, czy płyta brzmi dobrze czy nie, to i tak jesteśmy z siebie dumni, bo jest to nasze dzieło. Przez niemal rok tworzenia krążka nie poddaliśmy się, nie zniechęciliśmy i co najważniejsze wytrwaliśmy. Jednak dziś to słuchacz wymaga i żeby chociaż w minimalnym stopniu zaspokoić jego wymagania, to artysta musi się bardzo postarać. Ale jak to się mówi “pierwsze koty za płoty”. Wiele się nauczyliśmy nagrywając nasz album, ale jesteśmy też świadomi błędów, jakie popełnialiśmy i których mam nadzieję powielać w przyszłości nie będziemy.

Dokładnie 16.01.2016r. przybyłem na przesłuchanie do Dormant Dissident i zostałem oficjalnie członkiem zespołu. Zespół miał znacznie więcej materiału niż to, co znajduje się na płycie. Zrobiliśmy bardzo dokładną selekcję, a wykluczanie pozostałych utworów z debiutanckiego albumu było przez nas odpowiednio argumentowane. Brałem udział w tworzeniu tylko trzech utworów do tego krążka od podstaw. W pozostałych wprowadziłem lekkie zmiany gitary rytmicznej ze względu na własny styl gry.

Pokłady zdolności - o ile takie istnieją, na pewno nie są wrodzone lecz nabyte i to bardzo ciężką pracą. Każdy z nas ma prywatne życie, dlatego też na muzykę musimy znaleźć dodatkowy czas. Do działania motywują nas przede wszystkim chęci i marzenia o dużej frekwencji na koncertach. Jestem ciekaw jak szybko byśmy się rozwijali, gdybyśmy osiem godzin dziennie spędzali na próbach czy w studio…

Skąd takie niezdecydowanie stylistyczne, gdy idzie o zawartość „Knightmares”? Bo z jednej strony mamy na płycie kawałki niemal US powerowe (a nawet lekko power/thrashowe, pierwsze trzy), poza tym kilka stricte heavy metalowych oraz jeden totalnie wyluzowany, hardrockowy? Skąd ten brak zdecydowania? :) Nie wiecie jeszcze w którym kierunku podążycie?

Rafał Romański: To dość proste. Jak już wcześniej wspomniał Artur, utwory na nasz debiutancki krążek powstawały od początku istnienia Dormant Dissident. Jedne przechodziły selekcje i dostawały swój „knightmares’owy” mandat, inne szły do odstawki. Przez te kilka lat nasze priorytety muzyczne i aranżacje ulegały pewnym zmianom, które można zauważyć słuchając naszej płyty. Można pokusić się o stwierdzenie, że szukaliśmy swojego brzmienia i kierunku w jakim chcielibyśmy pójść, ale nie trzymałbym się tej tezy kurczowo. Nie mieliśmy wyznaczonego konkretnego terminu podczas tworzenia „Knightmares” z racji braku współpracy z wytwórnią, co dawało nam dużo wolnego pola do popisu uwzględniając aranż i dobór utworów. Mieliśmy czas na stworzenie spójnego albumu, ale będąc w pewnym punkcie stwierdziliśmy, że nie ma nic złego w zróżnicowanym krążku, dzięki któremu każdy znajdzie coś dla siebie.

Żeby to nie były tylko puste słowa, daleko nie szukając odsyłam wszystkich do przesłuchania albumu „Fear of the Dark” zespołu Iron Maiden, do którego tak często nas porównują. Biorąc pod lupę utwory z tej płyty można powiedzieć, że spójny jest tam tylko skład kapeli (śmiech). Przykład? Otwieracz „Be Quick or Be Dead” oraz drugi po nim „From Here to Eternity”. Jak widać nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, a że Iron Maiden od nas zgapili, to już nie nasza wina (śmiech).

Początek „Son of the Lightning” zalatuje Manowarem... ale potem – dzięki basowi Rafała Romańskiego skręca na megadethowe tory... przyznam bardzo interesujący to numer... zagrany z werwą i mocą... na moje cały album mógłby być taki... dlaczego nie jest? :) W ogóle muszę Was pochwalić za znakomite partie basu na całym albumie…

Rafał Romański: Skoro zostałem tak pięknie pochwalony, to wypada coś powiedzieć… Dziękuję. Jest to chyba jedno z pierwszych pochwalnych zdań na temat mojej gry, bo od chłopaków dowiaduję się tylko o tym jak bardzo mi nie wychodzi, chociaż może to jest taki ich system motywacyjny (śmiech).

W każdym razie dziękuję również w imieniu zespołu za porównanie nas do Manowar i Megadeth. Tak naprawdę każdy utwór można podpiąć do jakiegoś znanego zespołu. Myślę, że każdy ma inne skojarzenia. Jeżeli miałbym przyrównać „Son of the Lightning” do znanego bandu byłby to Judas Priest. To, że podobają się Tobie pierwsze trzy utwory bardziej niż pozostałe, przekonuje mnie, że stworzenie zróżnicowanego albumu względem utworów było dobrą decyzją, gdyż wiele osób chwaliło naszą płytę, ale każdy z nich miał swoje typy ulubionych kawałków.

Kończąc odpowiedź na Twoje pytanie, „cały album powinien być taki, dlaczego nie jest?” Gdyby cała płyta miałaby stylizację naszego „Syna” to „Knightmares” nie byłby tym czym jest. Podczas procesu twórczego mieliśmy wiele do powiedzenia i przekazania, zbyt wiele, by zamknąć płytę wokół jednego riffu.

Wokół jednego riffu to nieeeee :) Ale cały jednorodny, np. pod Judasów… Co oznacza skrót: „S.M.D.”? Mnie on się niespecjalnie kojarzy... w pracy (w fabryce, gdzie pracuję) SMD to skrót od montażu powierzchniowego elementów elektronicznych (ang. SMD, Surface Mounted Devices)... no, ale u Was to chyba zgoła co innego :) A sam numer po prostu rasowy killer!

Rafał Romański: Zanim wyjawię tę pieczołowicie skrywaną przez nas tajemnicę, nie mogę nie przytoczyć pewnej anegdoty wiążącej się z genezą nazwy tego utworu. Miało to miejsce podczas komponowania. Gdy kawałek był na wykończeniu, zaczęliśmy myśleć nad jego nazwą. Nasz były gitarzysta Michał w szale i podnieceniu towarzyszących mu podczas grania refrenu, wykrzyczał taką frazę, że długo zwijaliśmy się ze śmiechu. Stała się ona tymczasowym roboczym tytułem, nazwa ta była o tyle niecenzuralna, że zamieniłem ją w skrót S.M.D. Nie rozwinę tych trzech dźwięcznych słów z czystej przyzwoitości (śmiech)… Michał nie cieszył się długo z „wyrafinowanego” i „elokwentnego” tytułu, nasz prowadzący gitarzysta Igor napisał tekst i wymyślił rozwinięcie, które po przeczytaniu treści zwrotek i refrenów nabrało sensu i do dzisiaj w ten sposób tłumaczymy S.M.D. - „Social Media Disability”. Ale jako kolejną ciekawostkę dodam, że czasami Artur na koncertach powraca do pierwowzoru. Polecam kiedyś przybyć na koncert i wyłapać ten smaczek.
Na koniec wypowiedzi dodam jeszcze tylko, że podczas ogrywania tego utworu wyszedł z nas troll oraz najgorszy polski Janusz i postanowiliśmy pozostawić skrót jako oficjalną nazwę, by potencjalni słuchacze odchodzili od zmysłów, zastanawiając się cóż to może oznaczać. Jak widać się udało (śmiech).

Dokładnie! Riff otwierający „Curse of the Mirrors” to zapożyczenie... teoretycznie od Metalliki, a faktycznie od Diamond Head... wiedzieliście? Podoba mi się bardzo to, w jaki sposób obudowaliście ten motyw/riff i ładnie i zgrabnie zbudowaliście coś swojego, bardzo dobrego... to mój ulubiony numer na Waszym albumie... niesamowicie płynie, sunie... niczym stara Metallica... gitary prują, no i ten basik w podkładzie – chylę czoło! Jaka jest geneza tego numeru? Jest w tym kawałku ogień, pałer ale i fajna melodyka... przydałby się teledysk do niego... macie jakieś teledyski? Znalazłem jeden, do „Hangman’s Dance”.

Jakub Czubaty: Hmm… Szczerze to nie byliśmy świadomi, że to zapożyczenie od Metalliki… Jednak wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, gdy człowiek ma tak wielki dostęp do różnorodnej muzyki i słucha tego sporo, to potem chcąc nie chcąc, próbując stworzyć coś autorskiego do głowy przychodzą mu patenty podobne do tych, które już gdzieś kiedyś usłyszał. Tego nie da się już uniknąć… Dlatego wydaje mi się, że nawet jeśli coś wydaje się podobne do czegoś już stworzonego, to najważniejsze mieć na to jakiś swój własny pomysł. Czasem ten sam riff zaaranżowany w inny sposób może być zupełnie inaczej odebrany. Dlatego moim zdaniem – nie bójmy się przypadkowych zapożyczeń. Starajmy się zawsze zrobić coś po swojemu.

Co do samego kawałka - dziękujemy! Moim zdaniem również ten utwór ma naprawdę spory potencjał i widać to między innymi na koncertach – potrafi porwać publikę i sprawdza się idealnie jako utwór otwierający występ.

Co do genezy samego utworu, to szczerze raczej nie wiąże się z jego powstaniem żadna wielka historia. Można powiedzieć, że po prostu byliśmy w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie podczas tworzenia tego kawałka ;). Jako ciekawostkę mogę co najwyżej powiedzieć, że przez bardzo długi czas był przy tym utworze problem z wokalem. Na tyle duży problem, że przez moment mieliśmy naprawdę wielkie wątpliwości, czy umieszczać go na albumie. Mianowicie Artur wymyślił do niego linię melodyczną (tę, którą można w nim aktualnie usłyszeć), która śpiewana podczas koncertów brzmiała naprawdę dobrze… jednak kiedy przychodziło do jej nagrania, coś nam cały czas nie pasowało. Jakby wokal nie mógł zgrać się z resztą instrumentów… Na nagraniach próbnych (przed sesją nagraniową na album) naprawdę baliśmy się, że nic z tego nie będzie. Na szczęście jednak podczas sesji nagraniowej na potrzeby „Knightmares” wszystko poszło gładko i wokal Artura „zrobił robotę”. Do tej pory nie wiemy co się stało – czy to Artur podniósł swoje umiejętności na tyle, że wszystko się spasowało, czy może zwyczajnie wszyscy ograliśmy się z tym kawałkiem na tyle, że zaczęło to po prostu brzmieć... Najważniejsze, że efekt końcowy jest (moim skromnym zdaniem) bardzo zadowalający.

Magia zadziałała i numer MUSIAŁ się udać, proste :) sorki za wtrącenie, ale nie mogłem się nie odezwać...

Jakub Czubaty: Z kolei jeśli chodzi o teledysk, to do „Curse of the Mirrors” jako takiego nie mamy… Jednak tak się składa, że niedawno na naszym kanale YouTube pojawił się filmik „podsumowujący” minioną trasę „Knightmares Tour 2017” i oparłem go właśnie na tym utworze. Dlatego śmiało można powiedzieć, że w pewnym sensie „Curse of the Mirrors” właśnie otrzymał swego rodzaju oficjalne wideo :).

Co do innych teledysków, jak trafnie zauważyłeś, na ten moment tak naprawdę mamy tylko „Hangman’s Dance”, ale w tym roku będziemy chcieli trochę ten stan rzeczy zmienić… Nie chcę tutaj ujawniać za dużo, ale jak najbardziej mogę potwierdzić, że liczba naszych teledysków niedługo powinna wzrosnąć.

Numer tytułowy... znaczy się niezupełnie tytułowy, a będący odniesieniem do nazwy kapeli... bardzo nastrojowy, z eleganckim wstępem... fajnie się ten kawałek rozwija... sporo tu typowego dla metalu środka patosu i dobrze! Niezły hicior... z ciekawie wplecionym motywem z „Fear of the Dark” Maidenów... Pewnie to pomysł Rafała? Nie obawiacie się, że co niektórzy – niekoniecznie wyłącznie złośliwi dziennikarze – będą Wam wytykać pewne zapożyczenia? (mnie one nie wadzą, Metallica swego czasu do bólu wykorzystywała cudze patenty).

Artur Kuliński: Przy tym utworze spędziliśmy najwięcej czasu. Chcieliśmy aby był rozbudowany, długi ale też zarazem intrygujący i ciekawy. Mogę śmiało stwierdzić, że nad tym naszym „hitem” siedzieliśmy mniej więcej pół roku. Chcieliśmy doszlifować go pod każdym kątem. Wydaje nam się, że swego rodzaju sukcesem tego utworu jest prosty i chwytliwy refren, który każdy tak naprawdę może zaśpiewać razem z nami na koncercie.

Jednym z głównych pomysłodawców utworu był faktycznie Rafał. Kawałek zrodził się w głowach Igora i Rafała po przesłuchaniu po raz setny płyty „Fear of the Dark”. Wtedy to nasz drogi basista powiedział, że spodobał mu się jeden riff w utworze „Fear of the Dark” i że ma pomysł na zbudowanie kawałka dookoła tego riffu. Jak on to wtedy zgrabnie ujął – „Nikt się nie skapnie” (śmiech). A tak serio pewnie zabrzmi to tak jakbyśmy się wypierali i wykręcali ale prawda jest taka, że skomponowaliśmy ten riff troszkę przypadkowo. Już z początku jakoś znajomo nam brzmiał ale zorientowaliśmy się w 100% dopiero jak po jednym z koncertów podszedł do nas fan i powiedział mniej więcej to samo co ty. „Zajebisty numer, a to jak wpletliście ten riff z „Fear of the Dark”. No po porostu rewelacja”. Nie daliśmy po sobie wówczas poznać ale miny nam mocno zrzedły. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło, aż tu nagle przez naszą nieuwagę (i chyba ekscytację) taka gafa. Niestety było już za późno na jakiekolwiek zmiany bo osłuchaliśmy się z naszym „Dormant Dissident” do tego stopnia, że nie pasowały nam w tamtym miejscu żadne inne dźwięki, dlatego też został tam ten, a nie inny riff. Wtedy mocno to przeżywaliśmy ale po czasie zaczęliśmy się z tym oswajać ponieważ jak się inspirować to najlepszymi (śmiech). Teraz za każdym razem komponując utwór staramy się unikać riffów, które brzmią znajomo. Kiedyś ktoś powiedział, że wszystko zostało napisane już za czasów klasyków wiedeńskich, teraz to już tylko wariacje na bazie ich kompozycji, więc chcąc nie chcąc wszystko co zostało ówcześnie stworzone, jest jednym wielkim zapożyczeniem od Josepha Haydna, Wolfganga Amadeusa Mozarta oraz Ludwiga van Beethovena. I tu powtórzę – jak się inspirować to… (śmiech).

...Tymi najlepszymi… „Hangman’s Dance” zawiera fajny harrisowski niemal basowy wstęp, ale potem numer sunie niekoniecznie w maidenowym stylu... jest bardzo melodyjny, ale nie przesłodzony, jak to za często zdarzało się pewnej niemieckiej kapeli (Helloween)... Macie rękę do chwytliwych numerów... czyja w tym zasługa, który z muzyków dba o tę kwestie (należytej melodyki)? Rozwiniecie ten wątek?

Rafał Romański: Wypada się przyznać (śmiech). Fakt „Hangman’s Dance” to jak na razie najkrótszy i chyba najprostszy kawałek jaki mamy. Jak wiadomo proste i melodyjne często staje się chwytliwe, tak też było i tym razem.

Może zacznę od tego, że nasz płytowy hicior ujrzał światło dzienne przypadkiem. We własnym zaciszu domowym grywam oprócz basu także na gitarze. Brzdąkając sobie w domu wymyśliłem na przestrzeni paru tygodni kilka riffów i tak powstały partie gitar. Później na próbie zaprezentowałem utwór chłopakom, a on się im spodobał. Potem poszło z górki, po ogólnej akceptacji pozostało wymyślić solówki, ścieżkę perkusji i linie wokalną. O basie nie wspominam, bo układając partie gitarowe znałem kawałek od podszewki także 3 minuty i bas był gotowy. Co do wstępu, początkowo chciałem by chłopaki go zagrali, ale powiedzieli żebym ja spróbował, no i tak już zostało. No ale żeby nie było, że hit w 100% jest tylko moją zasługą… o nie. Jak mówiłem, melodyjne solówki na początku i w środku, rytmiczna i chwytająca ścieżka perkusji to już zasługa chłopaków. Lecz nasza kompozycja wciąż była niekompletna. Czegoś brakowało. Tutaj mała ciekawostka – przez brak tego „czegoś” nasz „hit” prawie został wykluczony z utworów, które miały się znaleźć na płycie. Na szczęście pojawiła się ta najważniejsza rzecz, bez której ten kawałek byłby odrzucony. Ścieżka wokalu. Artur dostał olśnienia i jak usłyszeliśmy to co zaczął sobie nucić na próbie podczas grania tego utworu wiedzieliśmy, że będzie dobrze żarło (śmiech). Podsumowując ja przyniosłem gotowy szkielet, ale to te smaczki dodane przez resztę kapeli wyniosły „Hangmana” na piedestał.

„Queen of the Night” zdradza w partiach wokalnych chyba najwięcej skojarzeń z Hetfieldem... też tak czujesz Arturze? Za to przykuwa uwagę ładnie, zgrabnie zapodanymi partiami solowymi (chyba najbardziej rozbudowane partie gitarowe na albumie). Który z gitarzystów wymiata takie niezłe sola? (czyżby Kamil?) Kolejny bardzo dobry numer (mój drugi faworyt!)... z ciekawą partią balladową w drugiej części... Kimże jest ta tytułowa „Królowa nocy”?

Artur Kuliński: Może tak być, szczerze powiedziawszy, ciężko mi to stwierdzić. Kiedy cały czas śpiewa się tak, jak się śpiewa, raczej myśli się „hola, ja śpiewam jak ja, a nie ja jakiś tam Hetfield”. Prawdopodobnie jest to zwyczajnie kwestia ogrania i osłuchania. Może faktycznie przybieram tu Jamesowską manierę nie przeczę, ale znów robię to nieświadomie.

Co do partii solowych. Na dobrą sprawę wszystkie partie solowe na płycie i koncertach gra Igor. Wyjątkiem jest jedna z dwóch solówek, w „Queen of the Night”. Pierwszą solówkę w harmonii gra właśnie Kamil. Wcześniej podział solówek był niemożliwy, ponieważ wszystkie już były skomponowane, lecz przy tworzeniu nowego materiału staramy się podzielić solówki gitarowe między Kamila i Igora. Chcemy tym sprawić aby słuchacz nie zanudził się tylko i wyłącznie jednym stylem partii solowych. Takie małe urozmaicenie, aby zademonstrować światu dwie zupełnie różne od siebie koncepcje gry na gitarze. Oczywiście Igor był, jest i zapewne dalej będzie głównym „Solo Master” w zespole ale Kamil dzięki swoim partiom wprowadza powiew świeżości.

Kim jest „Królowa nocy”? Nie wiem czy wypada tak bezpardonowo mówić w wywiadzie o niej i jej historii (śmiech). „Queen of the Night” jest naszym pierwszym utworem z kategorią wiekową +18, jeśli chodzi o zawartość w tekście utworu. Tworząc ten kawałek tekst z początku miał być o aborcji i nienarodzonych dzieciach, lecz po jakimś czasie doszliśmy do wniosku, że tak agresywny utwór musi być o czymś dobitnym, dosadnym, złym, ale i prawdziwym. Wówczas ja i Igor zasłuchani na zabój w Turbo stworzyliśmy przypadkiem frazę „Ostatni bal królowej nocy”. Nazwa spodobała się nam do tego stopnia, że postanowiliśmy zrobić taki kawałek. Jako że poprzednia tematyka nikomu się za bardzo nie podobała, decyzja była oczywista – ten utwór to będzie „Last Ball of the Queen of the Night” (nazwa została skrócona dla ułatwienia). Tytułowa antybohaterka (nazwijmy ją tak, gdyż bohater kojarzy nam się z czymś dobrym) utworu czyli nasza królowa, pokrótce mówiąc jest kobietą, w której nie ma żadnej świętości i poszanowania do samej siebie. Jest ona w stanie oddać się komukolwiek za drinka. W utworze jest ona stawiana na najniższym szczeblu społeczeństwa. W tym utworze autorem tekstu jest Jakub, który mając od nas zielone światło nie pozostawił na antybohaterce ani jednej suchej nitki. Tym utworem wyrażamy po prostu naszą niechęć do osób tego pokroju. Jeśli ktoś jest chętny, aby zagłębić się w tekst kawałka zapraszam na portal tekstowo.pl gdzie znajdzie wszystkie nasze teksty do utworów. No i oczywiście w tym przypadku musi mieć skończone 18 lat (śmiech).

„I’m Alive” to już ukłon w stronę Iron Maiden... przynajmniej na początku... ale znów bronicie się przed zarzutami zapożyczeń i proponujecie coś swojego... to też sztuka! Czy to Rafał przeforsował ten kawałek spośród wielu, jakie braliście pod dyskusję nad zawartością płyty? Co zaważyło, że numer ten trafił ostatecznie na album?

Rafał Romański: Skoro padło stwierdzenie Iron Maiden, to znów muszę się przyznać… tak, to ja jestem odpowiedzialny za ten początek (śmiech). „I’m Alive”, jest stosunkowo młodym utworem biorąc pod uwagę wszystkie znajdujące się na płycie i o ile dobrze pamiętam, od razu był wytypowany jako jeden z pretendentów do miejsca na krążku. Zaczęliśmy go tworzyć od mojego intro, które wcześniej miało bardziej wesoły charakter, ale za sprawą silnych epitetów rzuconych przez Igora, postanowiłem je zmienić na takie jakie słychać na płycie (śmiech). Myślę, że ta obrona przed zapożyczeniami w dalszych riffach jest spowodowana tym, że raz Igor wymyślił riff lub dwa, potem ja coś dodałem i tak dalej aż do końca. Kuba też się angażował w aranż jak zawsze. Przy każdym utworze staramy się robić to razem, może to jest przepisem na takie brzmienie i końcowy efekt.

„Wretched Efforts” to zwrot ku hard rockowej stylistyce, w sumie ładna ballada... tylko po co ona? Jaką pełni rolę na płycie? I czy celowym było aż takie (nadmierne moim zdaniem) urozmaicenie zawartości krążka? Komu z muzyków najbardziej zależało na przeforsowaniu tak miłego kawałka?

Kamil Pleśnierowicz: Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na naszej płycie każdy znalazł coś dla siebie. I na każym kroku gdy mówisz, że na naszej płycie jest gatunkowy rozstrzał, przekonujesz nas o tym, że osiągnęliśmy swój cel. Nie chcemy być kojarzeni tylko z metalową łupanką, bo podejrzewam, że nawet fani ciężkich brzmień potrzebują czasem się wyciszyć. Poza tym czasami po prostu gramy. Nie pojawiamy się na próbach z przekonaniem “dziś gramy heavy, jutro thrash”. Gramy to, co czujemy w środku.

Pomysł na balladę przedstawiłem chłopakom już podczasz przesłuchania. Od razu spotakał się z ich aprobatą. Tym utworem zamknęliśmy “casting” na kawałki, które miały znaleźć się w ostateczności na albumie. Uważam, że stworzenie tej ballady było dobrym posunięciem, ponieważ dzięki niej zdobyliśmy serca fanów nie tylko ze środowiska rock/metal.

Ciąg dalszy wywiadu pod tym linkiem

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU






























** GHOST**
- Prequelle


** VERIKALPA**
- Taistelutahto


** RIOT V**
- Armor Of Light


** TRIVIUM**
- The Sin And The Sentence


** JUDAS PRIEST**
- Firepower


** GODSMACK
- When Legends Rise

** PHAZM
- Scornful of Icons

** THE CROWN
- Cobra Speed Venom

** BIEGUN ZACHODNI - Pamiętaj kim byłeś
** DEVIL IN THE NAME
- Devil In the Name

** UNtitled
- compilation

** SAMAEL
- Solar Soul

** IRON MAIDEN
- The Book Of Souls

** IZEGRIM
- Beheaded By Trust

** AETHYR
- Uncanny Valley

** PHENDRANA
- Sanctum: Sic Transit Gloria Mundi

** DECONSTRUCTING SEQUENCE
- Cosmic Progression

** OMISSION
- Merciless Jaws From Hell


więcej recenzji
****** JITTERFLOW ******


******* WAR-SAW *******


*** DORMANT DISSIDENT **


***** MARTYRDOOM
*** GRIN
*** WATCH OUT STAMPEDE
*** CLOSTERKELLER
*** AMORPHIS
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** SEPULTURA
+ Obscura
+ Goatwhore
+ Fit For An Autopsy
- Proxima/ Warszawa


*** FURIA
+ Thaw
+ Sacrilegium
+ Licho
- Progresja/ Warszawa


*** NEUOBERSCHLESIEN
+ Transgresja
- Proxima/ Warszawa


*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

*** W.A.S.P.
+ GATE Crasher
- Sportovni Hala/ Hluk

*** ICED EARTH
+ Freedom Call
+ Metaprism
- Festsaal/ Berlin

*** MASTODON
+ Russian Circles
- Progresja/ Warszawa

*** SABATON
+ Accept
+ Twilight Force
- Torwar/ Warszawa

*** HELLOWEEN Pumpkin United
- Tipsport Arena/ Praga, Czechy

*** MAYHEM
+ Asphyx
+ Dragged Into Sunlight
+ Deus Mortem
+ Centurion
+ Thunderwar
- Progresja/ Warszawa


*** GRAND MAGUS
+ Evil Invaders
+ Elm Street
- Kwadrat/ Kraków


*** SATYRICON
+ Suicidal Angels
+ Fight The Fight
- Progresja/ Warszawa


więcej relacji
*** Będziesz smażyć się w piekle


*** Hammer Of The Gods


*** Motorhead w studio


*** Hellbent For Cooking. The Heavy Metal Cookbook

*** Biografia Led Zeppelin. Kidy giganci chodzili po Ziemi


więcej recenzji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  28,500,686 unikalne wizyty  Top Top