AGENCJA METAL MUNDUS


METAL UP!

= 13.12.2018

- KREATOR
- DIMMU BORGIR
- HATEBREED
- BLOODBATH

+ Warszawa / Hala Koło



= 14.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Warszawa / Progresja



= 15.12.2018

- A PERFECT CIRCLE
- CHELSEA WOLFE

+ Kraków / Tauron Arena



= 15.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Gdańsk / B90



= 16.12.2018

- MERRY CHRISTLESS 2
Zagrają:

- BEHEMOTH
- BOLZER
- IMPERATOR
- BATUSHKA
- UNTERVOID

+ Wrocław / A2































Nawigacja
Artykuły » Relacje - 2018 » 2018.07.26-28 - Headbangers Open Air
2018.07.26-28 - Headbangers Open Air


To miał być kolejny rewelacyjny, najbardziej familiarny i zdecydowanie mój najbardziej ulubiony festiwal. Wszystko wskazywało, że taki będzie. Już sama pogoda sprawiła nam solidnego psikusa, albowiem… zamiast deszczu, który w ubiegłym roku zamienił całą okolicę w bagno, tym razem z nieba lał się przeogromny żar. O ile w ubiegłym roku szukaliśmy kawałka dachu, by schronić się przed ulewą, w tym roku krążyliśmy z miejsca na miejsce w poszukiwaniu cienia, miejsca, gdzie da się złapać oddech. Festiwal stałby się zatem najbardziej słonecznym, a przez to najjaśniejszym festiwalem, na którym miałem okazję być, gdyby nie jeden cień, straszny, porażający cień, cień śmierci. Cień, który pojawił się nagle, zaatakował bez uprzedzenia, wakacyjny, radosny festiwal zamienił w miejsce, gdzie wśród muzyki, którą kochamy, której bezgranicznie się oddajemy, musieliśmy zmierzyć się z tym, co czeka każdego z nas. Zmierzyć się ze śmiercią człowieka, który nie setkom, ale tysiącom fanów na całym świecie dał przez wiele lat swojej muzycznej działalności masę radości, masę wrażeń…

********** ********** **********
Dzień pierwszy, czwartek, 26.07.2018

Nauczeni doświadczeniem roku ubiegłego, wyruszyliśmy z Gorzowa wcześniej, bo już ok. 8-ej rano. I to był dobry pomysł, bowiem dokładnie w tym samym miejscu, jak w roku ubiegłym napotkaliśmy na korek, który zmusił nas do szukania objazdu. Również wzorem roku ubiegłego na całej trasie do Hamburga trwały prace remontowe, co bardzo skutecznie utrudniało i spowalniało jazdę. Cóż, takie rzeczy w wakacje zdają się być czymś naturalnym dla drogowców naszych zachodnich sąsiadów… Mimo licznych przeszkód, dotarliśmy na miejsce tuż przed 15-tą, zatem na godzinę przed rozpoczęciem festiwalu. Po w miarę szybkim znalezieniu miejsca, rozłożeniu namiotu, wreszcie załatwieniu formalności z wejściem, mogliśmy kolejny raz wejść w gościnne progi wiejskiej posiadłości Thomasa, organizatora całego przedsięwzięcia. Zaraz po wejściu na terem festiwalu natknęliśmy się na muzyków dwóch zespołów, którzy próbowali schronić się przed lejącym się z nieba skwarem. Jedna z grup, kanadyjski Anvil miał grać dopiero w sobotę, czyli ostatniego dnia festiwalu, natomiast druga z nich – Manilla Road była jednym z headlinerów pierwszego dnia festu. Ponieważ z muzykami obydwu kapel mieliśmy już okazję się spotkać wcześniej, mogliśmy spokojnie porozmawiać, podłożyć płyty do podpisu. Szczególnie miło rozmawiało się z muzykami Manilli, zwłaszcza jej lider, Mark Shelton kolejny już raz okazał się niezwykle miłym człowiekiem, niezwykle radosnym i dowcipnym. Zresztą tego dnia jeszcze kilka razy miałem okazję z nim zamienić parę słów, czy przybić piątkę. Ot tak, po prostu…

Zgodnie z niemieckim zwyczajem, równo o 16-tej na scenę wkroczył zespół, któremu przypadł w udziale obowiązek rozpoczęcia festiwalu. Grupa SHADOWBANE zapodała świetny, energetyczny heavy/ power metal z taka ilością melodii, jakiej trzeba i ostrości, jakiej wymaga taki rodzaj muzyki. Moją uwagę zwróciły zwłaszcza interesujące partie wokalne Stefana Hardera. Hamburczycy rozpoczęli swoją działalność w 2007 roku, ale dorobili się zaledwie EPki i jednego krążka, wydanego w 2015 roku „Facing The Fallout”. Nie zmienia to faktu, że grupa zagrała w pełni profesjonalny koncert, bardzo dobrze sprawdzając się w roli otwieracza imprezy, wprowadzając nas w znakomity, festiwalowy nastrój.

Ów nastrój podtrzymany został przez kolejną, jeszcze młodszą stażem kapelę. Pochodząca z belgijskiego Limburga grupa SPEED QUEEN powstała zaledwie przed czterema laty, ale swoją młodością zawładnęła sceną w mgnieniu oka. Zrobiło się zdecydowanie szybciej i ostrzej (wszak młodzieńcy uprawiają speed metal), ale w granicach normy… Muzycy znakomicie wyglądali (a to też ma znaczenie) i grali, a wokalista Thomas Kenis świetnie prowadził cały koncert. Cieszy mnie ogromnie, że młode zespoły bez żadnych kompleksów wskakują na scenę i robią to, co powinni robić w tak znakomity sposób.

O ile belgijski band lekko tylko podkręcił ostrość i tempo muzyki, to trzeci w kolejce, amerykański SEAX zapodał już bez klasyczny speed, bez heavy metalowych naleciałości. Ubrani odpowiednio, bo w ozdobione wszelakimi metalowymi gadżetami skóry młodzieńcy zapodali nam ostry, dość prosty, ale porywający speed metal. Zdecydowanie postawili na siłę, na ostrość, szybkość, ograniczając znacznie ilość chwytliwych melodii. Cóż tu dużo mówić, to był prosty, mocny speed metal. Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że zespół powstał w 2009 roku i ma w swoim dorobku trzy duże krążki.

Po jednych Amerykanach, na scenę weszli kolejni muzycy ze Stanów. To zespół RAVAGE, ciekawa, grająca US power metal kapela, która po kolejnej długiej nieobecności wróciła ostatnio do koncertowo – wydawniczej działalności. Zespół wydał w ubiegłym roku nowy krążek „Return Of The Spectral Rider”, zatem była dobra okazja, by promować go w Europie (pojawili się również w Polsce). Mnie muzyka zespołu bardzo odpowiada, zwłaszcza że miałem okazję poznać ją dość dawno temu, gdy ukazała się ich debiutancka duża płyta („Spectral Rider”, 2005), a ja miałem nawet okazję sprzedawać ją w sklepie Metal Mundus. Koncert wypadł oczywiście znakomicie, mocno i świeżo. Dokładnie tak, jak należało się spodziewać.

O BLAZON STONE – przyznaję – dowiedziałem się zaledwie parę miesięcy temu, kiedy redakcyjny kolega zasugerował, żebyśmy przeprowadzili wywiad z liderem projektu Cederickiem Forsbergiem. Kolega bardzo dobrze wypowiadał się o muzyce tego – w sumie do ostatniego czasu – solowego projektu wspomnianego szwedzkiego muzyka. Kolega przygotował wywiad (zachęcam do przeczytania go w trzecim numerze magazynu METAL UP!), a ja posłuchałem dostępnych nagrań. Muzyka grupy porównywana jest do muzyki Running Wild (sama nazwa projektu nie jest przypadkowa…), ale chociaż na upartego można w niej doszukać się wpływów wielkich niemieckich piratów, to według mnie koncert udowodnił, że Blazon Stone w żadnym razie nie jest kopią RW. Muszę tu dodać, że żeby móc wystąpić na HOA Ced zebrał odpowiednią grupę muzyków, którzy jednak na co dzień grają w innych formacjach. Należy zatem domniemywać, że ten skład raczej się nie utrzyma (co częściowo potwierdzili mi sami muzycy), dlatego też koncert można uznać za swego rodzaju wyjątkowe wydarzenie. Muzycznie było ciekawie, w miarę melodyjnie, świetny wokal wspierany był intrygującymi zagrywkami Ceda. Kapitalny koncert, świetne przyjęcie przez publikę, a potem… wielkie zaskoczenie Ceda, gdy wręczyłem mu kopię magazynu. Chyba nie spodziewał się, że będzie drukowany, bo gdy zobaczył wywiad ze sobą na papierze był naprawdę zaskoczony i uradowany. Radość i zaskoczenie mnie też dopadło, gdy jakiś czas później zauważyłem, jak Ced z gitarzystą swojego bandu wertują magazyn strona po stronie, a nawet… Ced próbuje odczytać pewne słowa. Jak to możliwe? Cóż, raz jeszcze zachęcam do przeczytania wywiadu!

Po świetnym koncercie BS, rozpoczął się koncert, który już na zawsze zapisze się w historii heavy metalu. Klasycznie już znakomity, klasycznie niepowtarzalny, , klasycznie wyjątkowy. Bo był to koncert wyjątkowej grupy, jaką była MANILLA ROAD. Ten koncert dostarczył nam masę radości, dostarczył i wzruszeń, był taki sam, jak zawsze, czyli jedyny w swoim rodzaju. Jak wspomniałem na początku tej relacji, lider tej formacji przed koncertem rozmawiał z każdym, kto chciał z nim zamienić kilka słów. Ja sam miałem tę okazję kilka razy, do tego, kilka razy podchodził do mnie, by uścisnąć ręce, czy zapodać „niedźwiadka”. Tuż przed koncertem, Mark podszedł do kilku osób i wkładał im w ręce kostki. Do mnie też podszedł, dał mi kostkę, odpowiedział żartem na moje pytanie, co zagrają, ostatni raz przybiliśmy piątkę, życzyłem mu udanego koncertu i… poszedłem zobaczyć i posłuchać Marka na scenie, by nacieszyć uszy i serducho takimi numerami, jak „Open The Gates”, „Mystification”, moim faworytem, czyli „Nekropolis” oraz zamykającym koncert „Heavy Metal To The World”.

Główną gwiazdą czwartkowego wieczory był szwedzki band MORGANA LEFAY. Mimo uprawiania swojego poletka przez bardzo wiele lat (zespół powstał w 1989 roku), zespół nie zrobił należnej mu kariery, co jednak nie oznacza, że nie dorobił się stałej, wiernej grupy fanów. A to, że tych fanów ma, bo gra znakomitą muzykę było wszak powodem, że właśnie Morgana znalazła się na końcu listy zespołów grających tego dnia festiwalu. Zespół zaskoczył mnie znakomitym brzmieniem, kapitalnymi, niezwykle ciętymi thrashowymi riffami, a Charles udowodnił, że zasługuje na miano jednego z najlepszych metalowych wokalistów. Na żywo muzyka zespołu zyskała nowe życie, nabrała niesamowitej mocy, wigoru, energii. Była po prostu znakomita.

Pierwszy dzień wszystkich nas zmęczył, bo najpierw była podróż, potem chodzenie i stanie przez wiele godzin podczas koncertów, a do tego przez cały dzień solidnie grzało. Zmęczeni niemiłosiernie, ale w bardzo dobrych nastrojach poszliśmy po północy spać, by nabrać sił na dzień następny.

********** ********** **********
Dzień drugi, piątek, 27.07.2018

Wbrew naszym oczekiwaniom, deszcz w nocy nie spadł, a obudziło nas ostre słońce i … mój budzik, którego zapomniałem wyłączyć! Nie wiem, jak to jest w przypadku innych ludzi, ale gdy dzień zaczyna się słonecznie, to mnie się chce. Chce mi się wstać, chce mi się pracować, chce mi się po prostu żyć i cieszyć każdą chwilą. A gdy sporą część owych chwil ma wypełnić znakomita metalowa muzyka, wstać się chce dwa razy szybciej!

Tego dnia jako pierwszy na scenie miał zagrać zespół Psychoprism. Nie znałem tej kapeli, ale od czego są właśnie takie festiwale?! Zanim jednak zespół wszedł w samo południe na scenę HOA, dotarła do nas informacja, w którą nie mogliśmy i nie chcieliśmy uwierzyć. Okazało się, że w nocy zmarł Mark Shelton! Człowiek, który jeszcze wręcz przed chwilą stał na scenie, który z nami rozmawiał, cieszył się, przybijał piątki zniknął nagle z tego świata! Zaczęliśmy gorączkowo przypominać sobie wszystko, co wydarzyło się przed parunastoma godzinami, te przytulanki i piątki, te rozmowy, podpisy, życzenia, te uśmiechy. Przypomniałem sobie, jak Bryan zwinął z kieszeni Marka fajeczkę. Mark zajęty rozmową z naszym francuskim kolegą zaczął nagle jej szukać, spojrzał na mnie, a ja tylko wzrokiem wskazałem na Bryana. Mark zapytał tylko „he grabed it?”, kiwnąłem głową, a on uśmiechnął się z politowaniem i wrócił do rozmowy. Później kolejny raz przypomniałem sobie tę chwilę, o której napisałem wyżej. Chwilę, gdy podchodzi do mnie, później też do innych osób, wyciąga kolejną kostkę i wkłada każdemu w rękę. Dzisiaj odbieram to jako szczególny, symboliczny gest, jako rodzaj pożegnania: „Daję wam kostkę, bo cóż poza nią i moją muzyką mogę wam dać? Słuchajcie tej muzyki, pamiętajcie o mnie”. Przeczuwał coś? Wiem, że to zmyślanie, ale trudno się oprzeć takim myślom i chociaż minął już przeszło tydzień od tamtego dnia, wciąż mam tę scenę przed oczami. Mam nadzieję, że muzyka Manilli wciąż będzie szanowana przez fanów, że zdobędzie nowe rzesze słuchaczy. I mocno trzymam kciuki za Pawła, który wrócił podobno do pisania biografii zespołu, aby dokończył ten projekt!

Dzień zaczął się zatem nie tak, jak powinien. Zaczął się od tej strasznej informacji, ale – jak wiadomo – życie musi toczyć się dalej, a show must go on! Bo cóż organizatorzy, fani i my mogliśmy robić, myśleć o Marku, ale dalej słuchać tej muzyki, której sam był wielkim admiratorem i wielkim twórcą.

Na scenie pojawiła się zatem grupa PSYCHOPRISM, której przyszło w udziale ponowne wrzucenie we „właściwe tory” zszokowanej publiczności. Amerykanie, którzy rozpoczęli swoją przygodę pod tym szyldem w 2012 roku zagrali niezwykle energetyczną, melodyjną, wesołą muzykę, która przypominała bardziej europejską (rzekłbym nawet, że ze wskazaniem na Włochy) niż amerykańską odmianę power metalu. Wokalista Jess Rittgers świetnie wskakiwał w wysokie rejestry, racząc nas jeszcze dość oryginalną mimiką, klawisze Adama Petersona kapitalnie wypełniały przestrzeń, a gitarzysta Bill Visser jeździł po gryfie w stylu pewnego Luki… Gdyby nie ta smutna informacja, muzyka Psychoprism byłaby przecudnym argumentem za tym, by spędzić ten dzień radośnie i na luzie.

Drugim zespołem, który tego dnia pojawił się na scenie był SYRUS. Zespół pograł trochę w latach 80., w swoim składzie miał samego Raya Aldera (tak, tego z Fates Warning), ale nie udało im się wydać żadnej płyty. Panowie postanowili jednak wrócić do grania, w 2008 roku wydali kompilację starszych numerów, w ubiegłym roku wydali swój debiutancki krążek „Tales Of War”, po czym wymienili wokalistę i ruszyli do Europy promować swą muzykę, bo jak sami stwierdzili, w Stanach metal nie należy do ulubionych gatunków muzycznych… Chociaż znałem część nagrań grupy z internetu, to jednak to, co zobaczyłem i usłyszałem ze sceny było tysiąc razy lepsze! Teksańczycy weszli na scenę i już po pierwszych kawałkach zjednali sobie publikę i stali się jednym z największych odkryć tego festiwalu. Zagrali znakomity koncert wypełniony znakomitymi heavy metalowymi kawałkami, w których nie zabrakło elementów prog metalu. A nowy wokalista sprawdził się w stu procentach!

Fani grupy Hellhound zapewne z niecierpliwością oczekiwali swoich idoli, którzy od paru lat występują pod nazwą ANCIENT EMPIRE. Jeszcze przed koncertem zapytałem, czy zamierzają zagrać coś swojej poprzedniej kapeli, ale stwierdzili, że zdecydowanie nie, że mają zamiar grać tylko kawałki tego projektu. Czwórka facetów wkroczyła na scenę i zapodała ciężki, solidny, momentami lekko „acceptowaty” metal, który musiał się spodobać niemieckiej (aczkolwiek nie tylko) publiczności. Zresztą skojarzenia z dokonaniami zespołu Accept okazały się nieprzypadkowe, albowiem koncert zakończył się instrumentalną wersją jednego z numerów wspomnianej kapeli. Muzyka Ancient Empire to prosty, mocny heavy metal bez udziwnień, bez kombinacji. Do tego znakomicie podany. Lubię takie granie…

Zanim na scenie pojawiła się kolejna grupa, wszedł na nią organizator imprezy Thomas Tagelhütter, wraz ze specjalnym gościem, Precherem. Thomas raz jeszcze oficjalnie poinformował o śmierci Marka Sheltona, natomiast Preacher łamiącym się głosem przypomniał muzyka, wspomniałem zarówno o jego wieloletniej muzycznej działalności, ale też zwrócił uwagę na ten szczególny rys jego charakteru, na jego otwartość na ludzi, na łatwość nawiązywania kontaktów, na pełne oddanie fanom.

Po heavy metalowym, ostrym i raczej prostym graniu, jakie zapodała amerykańska kapela, , przyszła pora na zmianę klimatu, albowiem na scenie zagościli starsi panowie z niemieckiego hard rockowego zespołu TRANCE, których wokalnie wsparł młodzieniec z Holandii, czyli Nick Holleman. I to była znakomita kombinacja, bo Nick to prawdziwe sceniczne zmierzę, to metalowa torpeda, zachwyca energią i niesamowitymi możliwościami głosowymi (swoją drogą, przez parę lat śpiewał w Vicious Rumors). Najprościej powiedzieć, że to prawdziwe mistrzostwo świata. A że jeszcze do zaśpiewania miał kapitalne, melodyjne numery niemieckich wyjadaczy (Trance rozpoczął swoją działalność w 1977 roku, a dwóch muzyków ze starego składu wciąż w nim gra) ), zrobił się z tego znakomity, poruszający, rewelacyjny koncert, który na długo zostanie w mojej pamięci.

Po bardzo melodyjnych melodiach niemieckiego zespołu mieliśmy okazję posłuchać muzyki ciut mniej melodyjnej, za to zdecydowanie bardziej skomplikowanej. Bo taka jest właśnie muzyka szwedzkiego zespołu DESTINY. To muzyka, która nie wchodzi już tak gładko, która wymaga większego skupienia, to muzyka z pogranicza heavy i prog metalu, sami określili ją jeszcze przed laty jako „dark metal”. Zespół działa z mniejszymi i większymi przerwami od 1980 roku, aczkolwiek w swoim obecnym składzie ma tylko jednego człowieka z pierwszego składu, basistę Stefana Björnshöga. I trzeba przyznać, że właśnie Stefan w znacznym stopniu przyciąga słuch i wzrok słuchaczy, albowiem rzadko się zdarza, żeby basista był tak do przodu wysuniętym muzykiem. Ale nie dziwię się wcale, bo i z wieku, i z urzędu, i z umiejętności taka rola mu się należy. Dodam jeszcze, że od paru lat rolę wokalisty w zespole wypełnia Jonas Heidgert, którego niektórzy fani znają być może z udziału w grupie Dragonland.

Kiedy Szwedzi zeszli ze sceny, weszli na nią… kolejni Szwedzi, którzy postanowili zrobić kolejny potop, tym razem w Niemczech i na szczęście tylko na scenie HOA. Dowodzony przez charyzmatycznego, a jednocześnie niezwykle otwartego i miłego w rozmowie wokalistę Andersa Engberga, zespół SORCERER nie tylko podtrzymał poziom pewnego skomplikowania muzyki, ale ją jeszcze zdecydowanie spowolnił. Zespół uprawia bowiem epic/ doom metal i to w najlepszej szwedzkiej jego odmianie. Zespół zaczynał jeszcze pod koniec lat 80. Ubiegłego wieku, ale tak naprawdę za poważną robotę wziął się dopiero parę lat temu, gdy muzycy postanowili mniej działać w innych kapelach na rzecz Sorcerera. Sam Andreas wszak działał w wielu projektach (w tym w moim ulubionym Section A), ale - jak przyznał w rozmowie – musiał zwolnić trochę i skupić się wreszcie na Sorcererze. I bardzo dobrze, że człowiek z takim głosem, z takimi możliwościami i talentem powinien zakotwiczyć się w jednej, solidnej grupie i walczyć i jej jak największe uznanie. A set Sorcerera potwierdza, że jest czym walczyć, bo był pokazem prawdziwej klasy i profesjonalizmu, ubranych w niezwykle ciekawą muzykę.

Po szwedzkim potopie przyszła pora na zmianę klimatu i kontynentu, albowiem na scenie zainstalował się zespół TKO. Jedna z ciekawych kapel uprawiających klasyczny amerykański heavy metal lat 80. Zespół powołany został do życia w 1977 roku, dwa lata później wydał debiutancki album „Let It Roll”, w 1984 roku potwierdził swoją klasę albumem „In Your Face”, by dwa lata później zakończyć swoją sceniczno-wydawniczą działalność krążkiem „Below The Belt”. Muzyka Amerykanów może i nie była nazbyt oryginalna, ale słucha się jej naprawdę bardzo dobrze, bo zawiera sporo świetnych, wpadających w ucho melodii, a poza tym w zespole zawsze grali niezwykle utalentowani gitarzyści, zatem z wielką przyjemnością słucha się ich zagrywek. Przez parę lat w skład grupy wchodził Rick Pierce, znany z zespołów Nightshade i Q5. To właśnie członkowie tej ostatniej kapeli - basista Evan Sheeley (on akurat grał w TKO jeszcze w latach 80.) i perkusista Jeffrey McCormack oraz gitarzysta Fifth Angel – Kendal Bechtel wsparli założyciela i jednocześnie wokalistę grupy Brada SInsela, dzięki czemu TKO mogło wrócić do scenicznego życia. I bardzo dobrze, że wróciło, bo to ciekawa grupa i bardzo dobrze wypadła na koncercie. Brad wciąż znakomicie śpiewa, przy czym na żywo wypada zdecydowanie ostrzej niż na płytach, dobrze nam znana sekcja rytmiczna perfekcyjnie ciągnie całą maszynę do przodu, a Mr. Kendal kolejny raz udowodnił, że potrafi wygrywać na gitarze cuda. Bardzo dobry, energetyczny koncert, podczas którego poleciał też m.in. i fragment amerykańskiego hymnu, i słynny hicior „Born To Be Wild” znakomicie zagrany przez muzyków TKO.

W tym roku honoru thrash metalu broni (byłe) piwożłopy (obecnie tematyka okołopiwna zdecydowanie odchodzi w niebyt) z niemieckiego TANKARD. Jeśli ktoś kiedykolwiek widział ich koncert, dobrze wie, że to jedno wielkie thrash metalowe szaleństwo. Zespół nie bawi się w tworzenie skomplikowanych kompozycji, stawia na prostotę, na żywioł, na sceniczną rozróbę. Mocna sekcja, tnące riffy i szalejący na scenie Gerre to było coś, czego chciała rozgrzana do granic publiczność. Kiedy człowiek widział, jak panowie siedzą i grzecznie rozmawiają przed koncertem, jak Andy na leżaczku przypieka się przez pół dnia na słońcu, aż trudno uwierzyć, że nagle zamieniają się w taką niesamowitą kulę thrashowego ognia, która obejmuje swoim zasięgiem całą zgromadzoną pod sceną publikę.

Główną gwiazdą tego dnia był japoński heavy metalowy band LOUDNESS. Byli na tej scenie rok temu, zagrali tak, że czapki pospadały nam z głów, dlatego wiedzieliśmy wszyscy, czego można się spodziewać. I co z tego, że wiedzieliśmy, jak i tak szczeny kolejny raz nam opadły, ciśnienie podniosło się znacznie w górę, a wielka radość wypływała na buźki wszystkich zgromadzonych pod sceną. Bo to jest naprawdę wyjątkowe wydarzenie. Na scenie pojawia się czwórka ludzi, którzy nie chodzą wśród fanów, którzy nawet nie wchodzą w bliższy kontakt z innymi muzykami, siedzą zamknięci w domu Thomasa, wyciszeni, grzeczni, schowani. A po wyjściu na scenę dostają ogromnego energetycznego kopa, a ta energia natychmiast przekazywana jest zgromadzonym pod sceną. Koncert Loudness to perfekcja w każdym calu, a jednocześnie wciąż widoczna radość z grania, radość z tego, co daje się łaknącej tej muzyki publiczności. Muzyka grupy to klasyczny do bólu heavy metal, ale tak zrobiony, jak nie robi żaden inny zespół. To znakomicie zbilansowana ostrość z wyjątkowo chwytliwymi melodiami, to zapierające dech w piersiach popisy gitarzysty, niezwykła energia basisty, świetne partie wokalne i wyjątkowy kontakt z publiką wokalisty oraz ostra perkusja, na której tym razem zagrał nowy człowiek, zastępując tego wieczoru chorego Suzukiego. Muzyka Loudness to po prostu miód na uszy. Grupa miała oficjalnie zagrać numery z dwóch tylko albumów, ale oczywiście nie trzymała się planu i przejechała się po różnych okresach swojej działalności, wybierając co lepsze kawałki.

Dla mnie i Roba wisienką na torcie tego wieczoru było spotkanie z zespołem. Podobnie jak w roku ubiegłym zostaliśmy zaproszeni przez zespół do domu Thomasa, gdzie okazało się, że ci z pozoru ułożeni, wycofani, nie przepadający za kontaktem z obcymi muzycy, tak naprawdę są wyluzowanymi, dowcipnymi, radosnymi ludźmi. Mają już swoje lata, swoje przyzwyczajenia, swoją japońską kulturę, co powoduje, że inaczej się zachowują i inaczej są odbierani przez ludzi Zachodu, ale prywatnie są niezwykle mili, radośni, zwariowani, czego dobrym przykładem jest… poszukiwanie łysiny na mojej głowie przez samego Akirę…

Wspaniały był to koncert, cudowne spotkanie, świetny dzień cały. Chociaż tuż przed snem, w głowie znów pojawił się Mark…

********** ********** **********
Dzień trzeci, sobota, 28.07.2018

Trzeci, ostatni dzień tegorocznego HOA zaczął się od kolejnej bolesnej informacji o śmierci Kory. Dwa dni dwa, dwie śmierci. Dwa dni później do mych uszu dotarła jeszcze informacja o śmierci Tomasza Stańki. Straszne, jak szybko z mojego „krajobrazu” odchodzą ludzie, którzy mieli tak wielkie znaczenie dla mnie, dla mojej muzycznej edukacji…

Życie nie znosi stagnacji, zatem jedni z tej sceny schodzą, inni na nią wchodzą. Kolejną wielka niespodzianką okazał się bowiem występ nieznanej mi zupełnie francuskiej formacji EXISTANCE. To było kolejne wielkie wydarzenie, spory szok, bo tak znakomitego połączenia młodzieńczej energii z pełnym profesjonalizmem nie ogląda się na co dzień. To była kolejna kapela, w której wszystko grało, od wyglądu, przez zachowanie na scenie po świetną muzykę, świetną, heavy metalową muzykę, w której i ostrości było sporo i chwytliwych melodii nie brakowało. Zespół działa już dziesięć lat, ma w swoim dorobku dwie duże płyty i to wszystko widać i słychać. Warto zwrócić na nich uwagę.

Po małolatach na scenie zainstalowali się… cóż, chciałem napisać „starsi panowie”, ale nie do końca byłaby to prawda. Niestety z oryginalnego składu pierwszego (ale nie ostatniego) na tegorocznym HOA reprezentanta NWOBHM, czyli zespołu MILLENNIUM, pojawił się tylko wokalista Mark Duffy, albowiem dwaj pozostali muzycy musieli zostać w domu z powodu chorób. Mark musiał zatem skompletować inny skład, z którym zagrał znakomity koncert. Bo innego przecież zagrać nie mógł! Być może część fanów metalu uznaje ten rodzaj heavy metalu za stary, za zbyt klasyczny, za zbyt konserwatywny. Ale ja uwielbiam taki sposób gry, uwielbiam taki rodzaj brzmienia, uwielbiam taki sposób komponowania, grania i śpiewania. Może i nie jest to muzyka przyszłościowa, ale wcale nie musi, bo ja chcę jej właśnie takiej. I taką dostaję od Millennium. Bardzo się cieszę, że zespół wciąż gra, że pojawiło się wznowienie ich albumu, że wydano zbiór nagrań demo, ale też zupełnie nowy album, który zresztą… został mi sprezentowany przez samego Marka. Zachęcam do przeczytania wywiadu z Markiem, jakiego udzielił nam do pierwszego numeru magazynu METAL UP!

Po starszej kapeli na scenie znów pojawiła się młodzież, tym razem z Hiszpanii (aczkolwiek z nowym, pochodzącym z Włoch wokalistą). Zespół HITTEN powstał w Murcii w 2011 roku, ma na koncie dwa krążki (trzeci pojawi się we wrześniu tego roku) i udowodnił, że sztukę grania heavy metalowych koncertów ma już opanowaną do perfekcji. Podobnie, jak inne młode kapele, zespół przykłada wagę zarówno do wyglądu, do ruchu scenicznego i do żywiołowych kompozycji, co powoduje, że ogląda się go i słucha z wielką przyjemnością. To do takich między innymi kapel należy przecież przyszłość tego gatunku muzyki. Jest zatem szansa, że heavy metal jeszcze przez parę lat będzie istniał…

Jak wspomniałem wyżej, trzeciego dnia festiwalu pojawiły się wreszcie kapele z kręgu brytyjskiej nowej fali. Drugi wykonawcą reprezentującym ten krąg był WITCHFYNDE. Aż trudno w to uwierzyć, ale początki działalności grupy sięgają 1973 roku, kiedy wspólnie zaczęli grać perkusista Gra Scoresby i gitarzysta Montalo. Co najważniejsze, grają wspólnie do dziś! W 1980 roku do zespołu dołączył niezwykle charyzmatyczny wokalista Luther Beltz. W latach 80. Zespół zarejestrował cztery kultowe wręcz albumy, a po długiej przerwie wrócił do życia już tym wieku. Zespół został obecnie wsparty przez dwóch muzyków grupy Overdrive, dzięki czemu mógł pokazać swoje umiejętności na scenie HOA. Muzyka zespołu oscyluje między heavy, doom, prog metalem z elementami okultyzmu i psychodelii, ale zmiksowane jest to w niezwykle przystępny dla uszu sposób. Każdy utwór to prawdziwa rozkosz dla uszu, a sceniczna prezencja Luthera nie pozwala nudzić się również oczom zebranych pod sceną fanów. Lekko okultystyczną atmosferę koncertu „wzbogaciła” dodatkowo nagła zmiana pogody, zrobiło się bowiem ciemno, zaczął wiać silny wiatr i lunął deszcz!

Na szczęście, jak szybko deszcz przyszedł, tak szybo odszedł, a na scenie mogli pojawić się kolejni thrash metalowcy, a mianowicie pochodząca z Essen grupa DARKNESS. Chociaż powstał jeszcze w latach 80. Ubiegłego wieku, to nie udało mu się zrobić kariery równej Kreatorowi, Sodom, Destruction, czy Tankard. Grupa wydała pod koniec lat 80. trzy albumy i… rozpadła się. Wrócili do życia w nowym już wieku, oczywiście w zmienionym składzie (aczkolwiek trzon zespołu wciąż tworzą perkusista Lacky i gitarzysta Arnd) i dzięki temu mogli pojawić się na festiwalu. I cieszę się ogromnie, że miałem okazję ich zobaczyć i żałuję ogromnie, że im się nie udało, bo wcale nie odbiegają poziomem od wspomnianych wyżej kapel. Thrash w wykonaniu Darkness jest według mnie czymś pomiędzy ostrością i prostotą muzyki Sodom, a obecnymi dokonaniami Kreatora. Ta muzyka znakomicie brzmi, znakomicie wchodzi w uszy, perfekcyjnie sprawdza się na żywo. Mam nadzieję, że tym razem Darkness zyska większe uznanie niż to miało miejsce przed kilkudziesięciu laty.

Zanim poszedłem na koncert kolejnego reprezentanta niemieckiej sceny heavy metalowej, spotkała mnie niezwykła niespodzianka, albowiem nagle obok ławy, przy której siedzieliśmy pojawił się… Terry Dark z Jameson Raid. Radość nasza z jego obecności była przeogromna, posiedzieliśmy wspólnie, pogadaliśmy, wypiliśmy po piwku, a przy okazji mogliśmy zaprezentować Terry’emu nowy numer magazynu, w którym znalazł się wywiad z Jameson Raid. Takie właśnie niespodzianki są jednym z dodatkowych, ważnych i wyjątkowych elementów tego festiwalu. Korzystając z okazji dodam, że dzień wcześniej mieliśmy okazję przywitać się z Preacherem, który zagrał na debiutanckim krążku Running Wild „Gates To Purgatory”.

Po spędzeniu kilkunastu minut w towarzystwie Terry’ego, muzyk poszedł do działu z merchem, by sprzedawać swoje płyty, ja zaś ruszyłem pod scenę, by posłuchać prostego, niemieckiego, wbijającego w ziemię heavy metalu w wykonaniu METAL INQUISITOR. Zespół powstał w 1998 roku, nagrał cztery albumy i nie należy do zespołów najbardziej znanych na świecie, za to cieszy się sporą popularnością w Niemczech. Dlaczego tak jest, napisałem częściowo już wyżej. Bowiem muzyka grupy nie jest zbyt skomplikowana, ale też nie prostacka, nie jest ani nazbyt ostra, ani nie powala nadmiarem chwytliwych melodii. Jest taka „po środku”. Nie boli uszu, ani nazbyt ich nie porusza. Ale jeśli ktoś lubi klasyczny, niemiecki heavy metal winien sięgnąć po krążki tego zespołu. A jeszcze lepiej powinien posłuchać ich na żywo, bo wtedy ta prostota, ten „ordnung” nabierają mocy i prą do przodu niczym Tygrysy…

Na kolejny zespół czekałem z wielką niecierpliwością, bowiem lubię i cenię go od lat, a nie miałem okazji poznać tych pań osobiście. A ich występ na HOA mi to umożliwił. GIRLSCHOOL to zespół legenda, to zespół, który od lat gra swoją raczej prostą, ale jakże porywającą, energetyczną muzykę i który znakomicie wypada na żywo. Nie powinno się wypominać wieku kobietom, ale też nie da się ukryć, że ładnych parę lat na swoich karkach już mają. Ale tego ani nie widać, ani nie czuć. Swoją energią, swoim zaangażowaniem, swoją radością z wykonywanej pracy mogą obdzielić wielu młodszych muzyków. To był mój zaledwie drugi raz, gdy miałem okazję widzieć Brytyjki na scenie, i drugi raz nie mogłem zrobić kroku. Grana przez nie muzyka wciąga bezgranicznie, przykuwa do miejsca, a człowiek chce tylko więcej i więcej. Ale trudno się dziwić, gdy słyszy się takie numery, jak „Demolition Boys”, „Hit And |Run”, czy „Take It Like A Band”. Panie okazały się niezwykłe miłe również po koncercie, dzięki czemu mogłem uzyskać autografy i fotki z każdą z nich.

Jak pisałem na samym początku tej relacji, jednym z pierwszych zespołów, które zobaczyłem po wejściu na teren HOA był kanadyjski ANVIL. Panowie przez trzy dni walczyli z różnymi „okolicznościami”, ale dotrwali do swojego koncertu w całkiem dobrej formie. A zagrali tak, jak zawsze grają, prosto, ostro i do przodu. Lips rozpoczął koncert wśród publiczności, a potem już niepodzielnie królował na scenie od czasu do czasu dając się jednak wyszaleć obdarzonemu wyjątkową mimiką basiście Chrisowi. Nie zabrakło też oczywiście solówki Roba. Wydaje mi się jednak, że z każdym kolejnym koncertem grupy, ilość słów wypowiadanych ze sceny zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do ilości granej muzyki. W sumie jednak nie ma się co dziwić, wszak wypełnić ponad godzinę koncertu graniem przez przeszło sześćdziesięciolatków to jednak nie jest prosta sprawa. Dlatego też przedzielają poszczególne numery przemowami (m.in. hołdami wobec Lemmy’ego i Sharka) lub przeciągając do granic możliwości kawałki, ze szczególnym uwzględnieniem numeru „Mothra”. Co by jednak nie mówić, słucha się ich i ogląda zawsze dobrze, a „Metal On Metal” za każdym razem powoduje podniesienie ciśnienia.

Ostatnim zespołem tegorocznego festiwalu był RIOT V, czyli zespół, który przeżywa właśnie drugą (piątą) młodość. Po śmierci Marka Reale, stery grupy trzyma w swoich rękach basista Dan Von Stavern wraz z gitarzystą Mikem Flyntzem. Od 2013 roku, gdy do zespołu dołączył Todd Michael Hall, zespół nieustannie wspina się ponownie na należne mu szczyty. Należne, bo nie tylko ma za sobą znakomitą przeszłość, ale przede wszystkich tworzy niezwykle zwarty, znakomity, perfekcyjny organizm, który jest w stanie poruszyć każdego miłośnika metalu. W tej maszynie wszystko gra na najwyższych obrotach, wszystko się udaje. Bo i dwa ostatnie albumy są znakomite, a koncerty, podczas których można posłuchać tak nowych, jak i sporo starych, niesamowitych kawałków po prostu zachwycają. I tak było też tym razem. Wszystkie numery były śpiewane przez publikę, wszystkie numery wzbudzały radość, wszystkie zagrane były z zegarmistrzowską precyzją. Do dziś w uszach mi siedzą i „Flight Of The Warrior”, i „Heavy Metal Machine”, i „Angel Eyes”. Cóż, znakomite to było zakończenie tego wyjątkowego, historycznego festiwalu.

Tym razem nie ruszyliśmy w drogę powrotną w nocy, ale wróciliśmy grzecznie do namiotu, by z samego rana spakować się, wsiąść do auta i ruszyć w podróż, podczas której mogliśmy na bieżąco rozważać wszystkie szczegóły festiwalu, pomstować na roboty drogowe i przeogromny korek oraz jeszcze coś zobaczyć. Ale o tym napiszę już na blogu…

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak bardzo gorąco podziękować Thomasowi na możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym wydarzeniu, za chęć podtrzymanie współpracy (Metal Mundus będzie patronem medialnym również przyszłorocznej edycji festiwalu), podziękować wszystkim zespołom za ich wspaniałe koncerty, za możliwość porozmawiania, wszystkim znajomym za to, że mogliśmy się spotkać i Robertowi, że znów zwolnił mnie z obowiązku prowadzenia auta…

Tekst i zdjęcia: Ray

Więcej zdjęć z festiwalu w Galerii Metal Mundus - LINK

Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
**RIGOR SARDONICOUS**
- Ridenti Mortuus


**AUTHORITY**
- Acantha


**SNAKEYES**
- Metal Monster


**DEFIANT**
- Insurrection Icon


**MASTER**
- Vindictive Miscreant


**DE PROFUNDIS
- The Blinding Light Of Faith

**COMATOSE VIGIL A.K.
- Evangelium Nihil

**DEPRAVITY
- Evil Upheaval

**BLAZON STONE
- Down in the Dark

**NECRO
- No Mercy For Motherfuckers

**ORDER OV RIVEN CATHEDRALS
- Gobekli Tapes

**PRO-CREATION
- Noli me tangere

**SHADOWKEEP
- ShadowKeep

**RAPHEUMETS WELL
- Enders Door

**C4
- Next Issue Of The Rotten World

**DEMONIC OBEDIENCE
- Fatalistic Uprisal Of Abhorrent Creation

**NECRO
- Toothless Zombie

**CRAWL
- Rituals

**DENOUNCEMENT PYRE
- Black Sun Unbound

**AUTARCIE
- Sequania

**CORRUPTION
- Ruin Of A Man


więcej recenzji
**** INTERNAL QUIET ****


***** THUNDERWAR *****


****** JITTERFLOW ******


******* WAR-SAW *******


*** DORMANT DISSIDENT **


*** MARTYRDOOM
*** GRIN
*** WATCH OUT STAMPEDE
*** CLOSTERKELLER
*** AMORPHIS
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
***Michael Schenker Fest
- Turbinenhalle/ Oberhausen


***Summer Dying Loud 2018
- Aleksandrów Łódzki


***GOMOR
+ Penerra
- New York/ Łódź


***DIAMOND HEAD
+ Blinding Sparks
+ Internal Quiet
- Hydrozagadka/ Warszawa


***POWERWOLF
+ Amaranthe
+ Kissin' Dynamite
- Progresja/ Warszawa


*** PRIMAL FEAR
+ RIOT V
+ Existance
- Nova Chmelnice/ Praga

*** VADER
+ MARDUK
+ Arkona
+ Insidius
- Progresja/ Warszawa

*** Uwolnić Muzykę VII
- Środa Śląska

*** Headbangers Open Air 2018
- Brande-Hörnerkirchen/ Niemcy

*** IRON MAIDEN
+ Killswitch Engage
- Waldbühne/ Berlin

*** Rock&Rose Fest 2018
+ Exumer
+ Decapitated
+ Wolf Spider
+ Alastor
- Leash Eye
- Totem
- Kutno

*** MARDUK
+ Infernal War
+ Arkona
- U Bazyla/ Poznań

*** SEPULTURA
+ Obscura
+ Goatwhore
+ Fit For An Autopsy
- Proxima/ Warszawa

*** FURIA
+ Thaw
+ Sacrilegium
+ Licho
- Progresja/ Warszawa

*** NEUOBERSCHLESIEN
+ Transgresja
- Proxima/ Warszawa

*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

*** W.A.S.P.
+ GATE Crasher
- Sportovni Hala/ Hluk

*** ICED EARTH
+ Freedom Call
+ Metaprism
- Festsaal/ Berlin

więcej relacji
*** Będziesz smażyć się w piekle


*** Hammer Of The Gods


*** Motorhead w studio


*** Hellbent For Cooking. The Heavy Metal Cookbook

*** Biografia Led Zeppelin. Kidy giganci chodzili po Ziemi


więcej recenzji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  31,173,665 unikalne wizyty  Top Top